BIG CYC: Nie wierzcie elektrykom, czyli wolność z wyłączonym kablem

BIG CYC: Nie wierzcie elektrykom, czyli wolność z wyłączonym kablem
 fot. Paweł Trześniowski Inf. prasowa

Krzysztof Skiba i Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak o winylowej reedycji kultowej płyty po 35 latach, dzikiej wolności, pirackich kasetach, Wałęsie na okładce i tym, dlaczego rock jeszcze nie oddał pola komputerom.  Kiedy BIG CYC wydawał "Nie wierzcie elektrykom", Polska dopiero uczyła się oddychać bez cenzora nad głową. W sklepach zaczynał się kapitalizm, na ulicach kwitł handel z łóżek polowych, w tle wciąż stały radzieckie wojska, a wolność miała smak trochę szalony, trochę naiwny i bardzo głośny. Dziś, po 35 latach, płyta wraca w winylowej reedycji Agencji Muzycznej Polskiego Radia. Wraca z bonusem, nowym masteringiem, dodatkowymi zdjęciami i dwojgiem gości: Renatą Przemyk oraz Arkiem Jakubikiem z Dr Misia. A przede wszystkim wraca jako dokument czasu, który - jak twierdzą Krzysztof Skiba i Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak - wcale nie pokrył się kurzem.


Mija 35 lat od premiery "Nie wierzcie elektrykom". Jak patrzycie dziś na tę płytę? Bardziej jak na muzealny eksponat czy jak na album, który nadal działa?

Krzysztof Skiba: Muzealny eksponat to jeszcze nie, chociaż jesteśmy już w takim wieku, że co roku wypada nam jakiś jubileusz. W zeszłym roku obchodziliśmy 35-lecie pierwszej płyty, teraz przyszła kolej na drugą. Ale "Nie wierzcie elektrykom" to nie jest płyta do gabloty. Ona cały czas żyje, bo wiele tematów, które wtedy opisaliśmy, w Polsce wraca jak bumerang. To są piosenki o naszych narodowych dziwactwach, o niepokojach, o rozczarowaniach, o tej garbatej wolności, która się wtedy rodziła. I niestety albo stety, część z nich brzmi aktualnie do dziś.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Dla mnie to jest płyta bardzo spójna. Pierwszy album był bardziej eklektyczny, łapaliśmy różne style, sprawdzaliśmy, co się da zrobić. Przy drugiej płycie mieliśmy już większą świadomość studia i mocniejszą koncepcję. Chcieliśmy zagrać ostrzej, bardziej punkowo, surowo, ale jednocześnie zamknąć to w formie audycji radiowej. I z perspektywy czasu widać, że ten pomysł bardzo dobrze tę płytę skleił.

Ta forma audycji radiowej była wtedy czymś nietypowym. Skąd się wzięła?

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Po sukcesie płyty "Z partyjnym pozdrowieniem" wytwórnia mocno nas cisnęła, żeby szybko zrobić kolejny materiał. Graliśmy bardzo dużo koncertów, czasu było mało, więc zrobiliśmy coś w rodzaju zgrupowania. W trzy tygodnie powstały piosenki, potem pojechaliśmy do studia Andrzeja Puczyńskiego w Warszawie. I wymyśliliśmy, że to nie będzie po prostu zbiór kawałków, tylko 45-minutowa audycja muzyczna. Krzysiek z Pawłem "Koniem" Konnakiem prowadzili wtedy popularny program "La La Mido", więc naturalnie przenieśli ten absurdalny, radiowy język na płytę.

Krzysztof Skiba: Te przerywniki były robione bardzo spontanicznie. Trochę Monty Python, trochę słuchowisko, trochę radio z innego wymiaru. Są tam dźwięki, syreny, trzaski drzwi, jakieś wygłupy prowadzących. Po latach przychodzili do nas fani z płytami do podpisu i cytowali całe fragmenty tych radiowych żartów. My już czasem nie pamiętaliśmy, co tam nagraliśmy, a oni znali to z pamięci. To jest miłe, bo pokazuje, że ta płyta funkcjonowała nie tylko jako zestaw piosenek, ale jako cały świat.

Tytuł "Nie wierzcie elektrykom" i okładka z Lechem Wałęsą były wtedy dość odważne. Jak bardzo trzeba było o to walczyć?

Krzysztof Skiba: Bardzo. Cenzury formalnie już nie było, ale duch cenzury i autocenzury jeszcze siedział ludziom w głowach. Wydawca z Polskich Nagrań postawił sprawę tak: albo tytuł "Nie wierzcie elektrykom", ale bez Wałęsy na okładce, albo Wałęsa, ale bez tego tytułu. A my powiedzieliśmy: nie, ma być i jedno, i drugie. Negocjacje trwały ponad dwa tygodnie.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: To było myślenie z poprzedniej epoki. Ludzie bali się, że ktoś będzie miał kłopoty, ktoś straci pracę, przyjdą jakieś konsekwencje. A przecież to już była wolna Polska. Dzika, chaotyczna, ale wolna. Ostatecznie udało się przepchnąć naszą wersję: Wałęsa jako karykatura, z boomboxem, z wyłączonym kablem, ze znaczkiem Playboya w klapie. Dziś to brzmi jak historyczna ciekawostka, ale wtedy Playboya jeszcze w Polsce nie było. To był żart o tym, że stare symbole zastępują nowe, komercyjne.

Krzysztof Skiba: I najważniejsze - nikt nie poszedł do więzienia, nikt nie dostał mandatu, nikogo nie ukarano. Tak się rodziła wolność. Dziś mam wrażenie, że przy podobnej okładce byłoby więcej krzyku, pikiet, obrażania się i rozdzierania szat. Wtedy Polska była tak zachłyśnięta wolnością, że nawet jeżeli ktoś się krzywił, to jeszcze nie miał odruchu, żeby wszystkiego zakazywać.

Czy Lech Wałęsa kiedykolwiek zareagował na tę płytę?

Krzysztof Skiba: Nie skomentował, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Myślę, że być może nie znał tej płyty. Ale mamy pewność, że znali ją jego synowie, bo słuchali BIG CYC-a na kasetach. Podejrzewam też, że Wałęsa miał na tyle poczucie humoru, żeby nie traktować rockowych żartów jako zamachu stanu.

Mówicie o początkach wolnej Polski, ale tamta wolność była podszyta lękiem. Na płycie jest choćby "Ruskie idą".

Krzysztof Skiba: Bo ten lęk był realny. W Polsce nadal stacjonowały wojska Armii Czerwonej. Była Legnica, były bazy, całe rodziny radzieckich oficerów. Związek Radziecki się chwiał, ale jeszcze istniał. Był Gorbaczow, był Jelcyn, był pucz Janajewa, czyli próba ratowania starego systemu. Wielu ludzi naprawdę mówiło: spokojnie, to się zaraz skończy, Ruscy wrócą, będzie recydywa komuny. I z tego strachu, ale też z absurdu tego strachu, powstało "Ruskie idą" - satyryczna wizja Armii Czerwonej, która idzie aż do Paryża.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Dziś ta piosenka paradoksalnie też ma swój sens, bo widzimy, że imperium znowu chce odzyskiwać strefy wpływów. Oczywiście to był żart, ale dobry żart często działa dlatego, że pod spodem ma coś prawdziwego.

Na płycie jest też "Polacy", jeden z najbardziej znanych numerów z tego albumu. Podobno powstał w ekspresowym tempie?

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Tak, to jest piękna historia studyjna. Kończyliśmy nagrania, a Andrzej Puczyński powiedział: panowie, macie 33 minuty, za krótko, trzeba jeszcze jeden kawałek. On poszedł na obiad, bo mieszkał nad studiem, a my zostaliśmy zestresowani na dole. Krzysiek złapał za pióro, my za gitary i w jakieś dziesięć minut zrobiliśmy "Polaków". Andrzej wrócił, posłuchał i powiedział, że to jest numer, który może promować płytę. I rzeczywiście przetrwał.

Krzysztof Skiba: To jest właśnie magia rocka. Czasem siedzisz nad czymś długo i nic, a czasem presja czasu wyciska z ciebie coś, co zostaje na dekady. "Polacy, my Polacy, złoci ptacy, katolicy i pijacy" - to było śmieszne, ostre, ale też celne. I nadal ludzie to znają.

W nowej reedycji "Polaków" śpiewa Arek Jakubik z Doktora Misia. Po co były te bonusy?

Krzysztof Skiba: Bo reedycja nie powinna być tylko odgrzaniem kotleta. Fani winyli lubią mieć coś ekstra. Oryginalna płyta jest remasterowana, lepiej brzmi, ma bogatszą oprawę graficzną, niepublikowane zdjęcia, rozkładaną okładkę. A do tego dostają singiel z dwiema nowymi interpretacjami. To są takie smaczki, rarytasy, które dla kolekcjonerów mają znaczenie.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Arek Jakubik zrobił z "Polaków" coś zupełnie innego niż my. U nas to był skoczny, rockandrollowy numer, a on zrobił z tego prawie poważną pieśń, balladę, coś w rodzaju hymnu, z aktorskim ciężarem. To pokazuje, że te piosenki można czytać inaczej, nie tylko jako wygłup.

Drugim gościem jest Renata Przemyk, która śpiewa "Nie ma tu nikogo".

Krzysztof Skiba: Renatę znamy i lubimy od lat. Śpiewała z nami gościnnie na dużym koncercie BIG CYC-a na Pol’and’Rock Festivalu, przed ogromną publicznością. Na płycie "Nie ma tu nikogo" to był taki oddech, najspokojniejszy, najbardziej romantyczny numer na bardzo ostrej płycie. Renata zrobiła z tego elektrockową, bardzo własną wersję. W jej wykonaniu ten utwór dostaje powietrza, robi się bardziej przestrzenny, bardziej refleksyjny.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Daliśmy jej i Arkowi wolną rękę. Nie chodziło o to, żeby ktoś kopiował BIG CYC-a. Chodziło o to, żeby pokazać, że te kawałki można przepuścić przez inną wrażliwość i one nadal działają.

Wróćmy do 1991 roku. Jak ta płyta trafiała do ludzi, skoro rozgłośnie nie bardzo chciały ją grać?

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Wylansowali nas piraci. To trzeba uczciwie powiedzieć. Rozgłośnie miały opory, bo płyta była kontrowersyjna. Ale jak się szło na Stadion Dziesięciolecia, to można było usłyszeć "Nie wierzcie elektrykom" właściwie od początku do końca, bo grała z każdego łóżka polowego.

Krzysztof Skiba: To były czasy, kiedy prawo autorskie istniało, ale kompletnie nie nadążało za rzeczywistością. Ustawę dostosowano dopiero kilka lat później. Wcześniej rynek zapełnili piraci fonograficzni. Tłukli kasety z BIG CYC-em i z innymi wykonawcami na potęgę. Nie mieliśmy z tego pieniędzy, ale promocję zrobili nam ogromną. Kasety były wszędzie: na dworcach, na trawnikach, na straganach, na stolikach turystycznych. Obok stał jamnik, czyli magnetofon, i grał nasze piosenki jako reklama.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Ciekawostka jest taka, że ta płyta wyszła wtedy na trzech nośnikach: winylu, kompakcie i kasecie. To nie było oczywiste. Kompakt dopiero wchodził, kaseta była najpopularniejsza, winyl zaczął już znikać. A "Nie wierzcie elektrykom" było dostępne wszędzie - legalnie i piracko.

Czyli dzisiejsza reedycja winylowa jest powrotem do nośnika, który wtedy już odchodził?

Krzysztof Skiba: Dokładnie. Wtedy winyl znikał, dziś wraca jako przedmiot pożądania. Sam jestem miłośnikiem winyli i wiem, że są płyty, które po prostu trzeba mieć w kolekcji. Nawet jeżeli ktoś nie słucha ich codziennie, to chce je mieć, bo to część historii. Winyl stoi na półce, pachnie, ma okładkę, wkładkę, szczegóły, które można oglądać. MP3 nie dasz komuś na prezent, a ładny winyl - tak.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Po reedycji pierwszej płyty zobaczyliśmy, że jest na to duży głód. Tamto wydanie sprzedało się bardzo szybko, trzeba było robić dodruk. Dlatego poszliśmy za ciosem. I pewnie będą kolejne: "Miłość, Muzyka, Mordobicie", "Wojna plemników", dalej następne. Myślę, że skończy się to dużym boksem dyskografii na winylach.

Mówicie, że płyta nadal brzmi świeżo. Co ją trzyma przy życiu muzycznie?

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Energia. Ona była nagrana szybko, ale nie byle jak. Jest surowa, punkowa, rockowa, ma zwarte brzmienie. Nie jest przeprodukowana. Kiedy słuchałem taśm matek przy remasteringu, pomyślałem: kurczę, to naprawdę nadal dobrze brzmi. Nikt wtedy tak w Polsce nie grał. A jednocześnie są tam żarty, pastisze, reggae na końcu, parodia "Białego misia", kpiny z idoli naszych rodziców w "Karel Reggae". To wszystko daje luz.

Krzysztof Skiba: BIG CYC zawsze był mieszanką ostrej muzyki i żartu. Ta płyta jest jak gorąca zupa z dużą ilością pieprzu i chili, ale w środku pływają też śmieszne kluski. Można się poparzyć, ale człowiek i tak chce dokładkę.

BIG CYC zawsze miał mocne okładki. Lenin, Wałęsa, potem "Wojna plemników". To była świadoma strategia?

Krzysztof Skiba: Oczywiście. Okładka jest ważna. Ludzie są wzrokowcami. Kiedy jeździliśmy do Stanów, często kupowaliśmy płyty po okładce, bo nie było jak ich przesłuchać. U nas okładka zawsze miała być częścią komunikatu. Lenin na pierwszej płycie miał irokeza, kolczyk, kurtkę z ćwiekami i znaczek anarchii. To był komiksowy żart z wodza rewolucji. Wałęsa z boomboxem też był takim znakiem czasu.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: A "Wojna plemników" z okładką, na której była postać w stroju kojarzącym się z zakonnicą albo pielęgniarką, zrobiła taki dym, że temat trafił nawet do dyskusji o koncesjach radiowych. Senator Ryszard Bender wyciągał plakat i pytał, jak stacja ubiegająca się o koncesję może współpracować z takim zespołem. My tłumaczyliśmy, że to nie jest zakonnica, tylko bardziej pielęgniarka z dawnych czasów. Oczywiście to było dalsze ciągnięcie happeningu. Dziś brzmi to absurdalnie, ale wtedy jedna okładka potrafiła namieszać.

Pojawia się pytanie, czy BIG CYC z czasem złagodniał. Kiedyś byliście ostrym komentatorem rzeczywistości, dziś częściej kojarzycie się z przebojami imprezowymi.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Świat się zmienił. Dzisiaj informacja żyje 20 sekund, najwyżej 24 godziny. Żeby komentować wszystko piosenkami, musielibyśmy wydawać płytę co miesiąc. Zmieniła się branża, zmienił się sposób słuchania, zmieniło się społeczeństwo. My też się zmieniamy. Czasem chcemy napisać coś lżejszego, spojrzeć na ludzi w krzywym zwierciadle, a nie ciągle stać na barykadzie.

Krzysztof Skiba: Ale to nie znaczy, że barykadę sprzedaliśmy na Allegro. Mamy choćby płytę "Wolność słowa na kartonie", bardzo polityczną, podsumowującą okres rządów Prawa i Sprawiedliwości. Tylko nie da się cały czas żyć w trybie alarmowym. Poza tym mamy swoje lata. Ciężko grać cały czas z temperaturą sprzed 35 lat, chociaż na koncertach nadal robimy mieszankę wybuchową: stare numery, nowe numery, hity i rzeczy bardziej ostre.

Na koncertach widzicie dziś młodą publiczność?

Krzysztof Skiba: Tak, i to jest bardzo miłe zaskoczenie. Rock podobno umiera od lat, a jakoś nie chce umrzeć. Gramy festiwale, dni miast, plenerowe imprezy wakacyjne, koncerty dla studentów i widzimy, że młodzi ludzie lubią ostre nuty. Nie wszystko musi być wypieszczone przez sztuczną inteligencję i komputer.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: BIG CYC jest zespołem koncertowym. Lubimy być w ruchu, lubimy publiczność, lubimy ten moment, kiedy ludzie śpiewają z nami, ale nie dlatego, że im ktoś każe, tylko dlatego, że te piosenki są częścią ich życia. To nas trzyma przy prądzie, nawet jeśli kabel na okładce był wyłączony.

Czy "Nie wierzcie elektrykom" to bardziej płyta o roku 1991, czy o Polsce w ogóle?

Krzysztof Skiba: Zaczęła jako płyta o roku 1991, ale chyba stała się płytą o Polsce w ogóle. O naszej skłonności do wielkich słów, małych cwaniaków, narodowych mitów, politycznych emocji i wiecznego zamieszania. My to opisaliśmy satyrą, bo taki mamy język. Nie z ambony, tylko z gitarą i głupim uśmiechem. Czasem ten głupi uśmiech mówi więcej niż poważna mina.

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: A muzycznie to jest po prostu dobry rockowy album. Zrobiony szybko, ale z pomysłem. I chyba dlatego przetrwał. Nie dlatego, że jest pomnikiem, tylko dlatego, że nadal można go włączyć i nie ma wstydu.

Co chcielibyście, żeby nowy słuchacz usłyszał w tej reedycji?

Jacek "Dżej Dżej" Jędrzejak: Że lata 90. nie były tylko pastelową nostalgią, ortalionem i kasetą w walkmanie. To był czas chaosu, odwagi, lęku, wolności i potężnej energii. Ta płyta to wszystko ma.

Krzysztof Skiba: A ja bym chciał, żeby usłyszał, że BIG CYC nie był i nie jest tylko zespołem od imprezowych refrenów. Jasne, mamy piosenki, bez których żadna dobra impreza w Polsce się nie odbędzie, ale mamy też publicystykę, ironię, obserwację społeczną. "Nie wierzcie elektrykom" jest jednym z najlepszych dowodów. Po 35 latach wraca na winylu i nadal kopie. Może trochę w kostkę, może trochę w głowę, ale kopie.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Paweł Trześniowski

 

author

Paweł Trześniowski

 26.06.2026   Inf. prasowa   fot. Paweł Trześniowski
CZYTAJ RÓWNIEŻ