Niezbędne
Zapewniają podstawowe działanie strony, bezpieczeństwo oraz zapamiętanie Twojej decyzji dotyczącej zgód.

Po latach pracy przy hitach innych artystów Leon Krześniak oddaje w ręce słuchaczy w pełni autorski materiał. „Słoneczna strona ulicy” to jego debiutancki album – osobisty, ciepły i zanurzony w brzmieniach inspirowanych klasyką lat 60. i 70., pełen gitar i emocji. O tym, co doprowadziło go do tego momentu i jak powstawała ta płyta, opowiada w naszej rozmowie.
Przez lata funkcjonowałeś głównie jako producent i songwriter, stojąc trochę z boku rzeczy, które trafiały do radia i robiły duże zasięgi. W którym momencie pojawiła się u Ciebie potrzeba, żeby wyjść z tym wszystkim na pierwszy plan i zrobić materiał w pełni po swojemu?
Bycie producentem daje bardzo wiele satysfakcji, ale zabrakło mi energii, którą można poczuć tylko, gdy wchodzi się na scenę. Chęć stworzenia albumu była już wyraźna około 2 lata temu.
Masz na koncie utwory, które naprawdę zaczęły żyć własnym życiem, ale debiut autorski to jednak zupełnie inny ciężar. Bardziej czułeś ekscytację, czy jednak gdzieś z tyłu głowy pojawiało się: „to już nie jest zabawa, tylko coś bardzo osobistego”?
Czułem głównie ekscytację wymieszaną z tremą, ale takie emocje mocno ładują baterie. Można powiedzieć, że są uzależniające.
Przy tej płycie jesteś odpowiedzialny praktycznie za wszystko – od pisania po produkcję. To była dla Ciebie komfortowa sytuacja pełnej kontroli, czy momentami łapałeś się na tym, że najtrudniej jest samemu sobie odpuścić i zostawić rzeczy „tak jak czujesz”, a nie „tak jak powinno być”?
To z jednej strony wolność twórcza i ciekawa podróż, z drugiej strony przez ostatnie lata przywykłem do wymiany zdań, do dialogu pomiędzy mną a artystami i czasami miałem trudność zaufać sobie samemu w pełni. Na szczęście miałem za sobą ludzi z Kayaxu, z którymi mogłem szczerze dyskutować o materiale.
Słychać tu bardzo świadome podejście do brzmienia – dużo ciepła, gitar, inspiracji starszym graniem, ale bez stylizacji na siłę. To była tęsknota za czymś, czego dziś w mainstreamie trochę brakuje, czy bardziej naturalny kierunek, w który sam skręciłeś jako słuchacz i twórca?
To obie rzeczy naraz. Tęsknię za czasami, gdy muzyka grana na żywych instrumentach dominowała w mainstreamie. Uważam, że przełom lat 60/70 dał światu najwięcej ponadczasowych kompozycji i jest to dla mnie okres, z którego można czerpać garściami.
Masz za sobą współpracę z wieloma artystami – Zalia, Mrozu, Wiktor Dyduła, Ignacy… można by tak jeszcze chwilę wymieniać (śmiech przyp. red.). Jak bardzo doświadczenie pracy „dla kogoś” pomogło Ci przy tej płycie, a gdzie wręcz musiałeś się od tego odciąć, żeby nie myśleć kategoriami „czy to zadziała”? I serio – patrząc na to, ile tego w ostatnim czasie wyszło, Twoja doba jest z gumy czy po prostu przestałeś spać? (śmiech przyp. red.)
Wydaje mi się, że mam szczęście, jeśli chodzi o ludzi, z którymi pracuję. Gdy ma się wiele wspólnych inspiracji, praca nad muzyką jest czystą przyjemnością. Z każdą stworzoną piosenką uczę się czegoś nowego, każdy artysta daje mi nowe patrzenie na muzykę. Ten zbiór doświadczeń pozwala mi na unikanie błędnego koła podczas pisania, pozwalam sobie na zaufanie mojemu instynktowi, dzięki czemu bywają sytuacje, gdy piosenki powstają niezwykle szybko.
Bo mam wrażenie, że w pewnym momencie zacząłeś być absolutnie wszędzie – i jako producent, i jako songwriter, i teraz jeszcze ze swoim materiałem. To był moment świadomego przyspieszenia, czy po prostu wszystko naraz zaczęło się zazębiać?
Szczerze mówiąc, to drugie. Ja chcę po prostu wykorzystać mój czas i każdą wspaniałą szansę, która pojawia się na mojej drodze. Długo pracowałem na to, by się tu znaleźć, i bardzo doceniam to, że mogę być twórcą.
„Piękne dni” otwierają tę płytę w taki sposób, że od razu wchodzimy w klimat wspomnień i nostalgii, ale bez taniego sentymentu. To dla Ciebie bardziej numer o tęsknocie za czymś, co było, czy raczej o tym, że z czasem uczysz się patrzeć na przeszłość z większym spokojem i wdzięcznością?
Ten utwór zdecydowanie mówi o pogodzeniu się z przeszłością, o wdzięczności za rozpoczęcie nowej drogi.
W „Chciałbym” pojawia się bardzo ludzki motyw – napięcie między tym, kim jesteśmy naprawdę, a kim chcielibyśmy być dla drugiej osoby. To jest dla Ciebie bardziej historia o niespełnieniu i poczuciu braku, czy o dojrzewaniu do tego, żeby w końcu być wobec siebie uczciwym?
To prędzej utwór o zwątpieniu w siebie samego i o tym, że w oczach bliskiej osoby możemy być kimś lepszym.
„Pętliczek” z Wiktorem Dydułą wnosi do tej płyty trochę lekkości, jakby na chwilę odcinał cały ciężar emocjonalny reszty materiału. To był dla Ciebie świadomy moment oddechu, czy raczej naturalny efekt tego, jak wyglądała Wasza współpraca i energia w studiu?
Nie uważam, że w tym krążku ciężar emocjonalny jest wyczuwalny. Całość opowiada głównie o miłości i wdzięczności, z lekkim akcentem egzystencjalnej rozkminki i lęku przed prawdziwą dorosłością, a właśnie o tym jest „Pętliczek” – o tej niechęci dorastania, o rozpieszczaniu wewnętrznego dzieciaka.
„Każdy kolor” brzmi jak uchwycenie bardzo konkretnego momentu – świeżego zakochania, kiedy wszystko jest jeszcze intensywne i nowe. To bardziej zapis jednej historii, czy próba złapania uniwersalnego stanu, który każdy z nas kiedyś przeżył?
To jedno i drugie. Zainspirowała mnie do tego prawdziwa historia, ale chciałem napisać ten tekst w taki sposób, by uniwersalnie opisywał stan motyli w brzuchu.
„Wspaniały to był rok” można odczytać jako pewne podsumowanie – ale bez patosu, bardziej z dystansem i wdzięcznością. To był dla Ciebie realny bilans jakiegoś etapu życia, czy emocja, która przyszła dopiero z perspektywy czasu?
To utwór, który powstał jako ostatni. Podsumowuje on moje ostatnie 12 miesięcy od kiedy zacząłem swoją solową ścieżkę wydawniczą – na tym etapie za mną były już pierwsze duże koncerty, showcase’y, teledyski i wywiady. Dodatkowo w moim życiu pojawiło się tak wiele sukcesów na mojej produkcyjno-songwriterskiej ścieżce, że nie pozostało nic innego, jak przybić sobie piątkę, spojrzeć w niebo i wyrazić wdzięczność.
„Lustro” jako singiel jest bardzo komunikatywne, ale jednocześnie ma w sobie coś głębszego – szczególnie w tym, jak pokazujesz drugą osobę jako punkt odniesienia. To dla Ciebie bardziej piosenka o relacji, czy o tym, jak próbujemy zrozumieć samych siebie przez kogoś obok?
To raczej przyznanie się do błędów i własnych wad. To stwierdzenie, że bez drugiej połówki rzeczywiście jesteśmy wybrakowani.
Wiesz, mam wrażenie, że na tej płycie bardzo mało jest przypadkowych rzeczy – nawet jeśli brzmi to lekko, to pod spodem jest dużo przemyślenia. To wynika bardziej z Twojego charakteru jako twórcy, czy z tego, że to debiut i chciałeś mieć wszystko poukładane?
Szczerze mówiąc, podczas powstawania tekstów stawiałem na naturalność i traktowałem to bardziej jak osobisty pamiętnik i podsumowanie wielu emocjonalnych wzlotów i upadków, jakie towarzyszyły mi w ostatnich latach. Jeśli chodzi o brzmienie, to bardzo mało pozostawiłem przypadkowi. Dobierałem dosyć skrupulatnie instrumenty, techniki i współpracowników, tak by osiągnąć to, co sobie zamierzyłem na początku.
„Przetarty VHS” ma zupełnie inną narrację – dużo obrazów, detali, klimatów, jakbyś bardziej opowiadał emocję niż historię wprost. To była dla Ciebie bardziej zabawa formą, czy bardzo osobisty powrót do konkretnych wspomnień i momentów?
W tym wypadku najpierw powstała gotowa produkcja bez tekstu. Gdy słuchałem tej muzyki, wyobraźnia podpowiadała mi konkretne kadry i obrazki – trochę jakbym tworzył w głowie odcinek serialu lub teledysk. Starałem się w kilku prostych zwrotach przenieść słuchacza w ten świat.
„Wiem co z nami będzie” niesie w sobie spokój i pewność, której często brakuje w piosenkach o relacjach. To bardziej wiara w to, co się buduje między ludźmi, czy trochę próba przekonania samego siebie, że wszystko zmierza w dobrą stronę?
To piosenka o przeczuciu, że trafiło się na coś wyjątkowego. To wiara w to, co się buduje – tak jak to ująłeś.
„Wielki deszcz” brzmi jak moment przeciążenia – dużo napięcia, trochę chaosu, jakby coś zaczynało się rozlewać. To jest dla Ciebie taki emocjonalny punkt kulminacyjny tej płyty?
To jeden z tych utworów, który totalnie był dla mnie pamiętnikiem – zapisaniem rozchwianego stanu, świeżo po sytuacji, która go wywołała.
„Bezsenność” z Kubą Karasiem wprowadza bardziej nocny, duszny klimat i trochę inny ciężar niż reszta materiału. To był dla Ciebie ważny kontrapunkt wobec tej „słonecznej strony”, czy raczej naturalna część tej historii?
To zdecydowanie kontrapunkt, który z jednej strony dał mi szansę do kreowania innego brzmienia, ale także do zareagowania na konkretny problem, który u mnie występował. Tak jak wspominałem – ta płyta to pamiętnik.
„Pył” zamyka płytę w bardzo refleksyjny sposób, zostawiając słuchacza z czymś bardziej uniwersalnym. To dla Ciebie domknięcie pewnej historii, czy raczej moment, w którym wszystko się rozmywa i zaczyna od nowa?
To trochę podsumowanie mojego podejścia do życia – coś jak pozytywny nihilizm.
Patrząc na „Słoneczną stronę ulicy” jako całość – to dla Ciebie bardziej płyta o miłości, czy o dojrzewaniu do niej i do samego siebie w relacji?
Myślę, że ta płyta podsumowuje moje lata 20., moje dojrzewanie i próbę zrozumienia świata, ale także jakiejś filozofii, która da mi wewnętrzny spokój. Na ten moment są to trzy rzeczy: miłość, muzyka i życie chwilą.
Pracowałeś też przy projektach młodych wokalistów, gdzie wszystko dzieje się szybko, intensywnie i często pod dużą presją. Jak bardzo te doświadczenia zmieniły Twoje podejście do tworzenia muzyki i pracy z emocjami?
Moje podejście do debiutantów nie różni się niczym od podejścia do topowych gwiazd. Mam taką szczęśliwą przypadłość, że muzyka wywołuje u mnie hiperfocus – wpadam w trans, cieszę się, ekscytuję lub wzruszam. Nie ma znaczenia, czy ktoś wywołuje presję lub ma konkretne wymagania. Dla mnie podczas tworzenia muzyki zupełnie nie istnieje świat zewnętrzny.
I wiesz co – patrząc na to wszystko z boku, mam trochę takie poczucie, że to jest moment, w którym zmienia Ci się rola w tej branży – z gościa, który stoi z tyłu i robi robotę, na kogoś, kto zaczyna nadawać kierunek.
Bardzo dziękuję za tak duże słowa, ale wolę myśleć, że robię coś po prostu z czystej zajawki i pasji, a hity, wyróżnienia czy milionowe wyświetlenia są wypadkową. Dla mnie największą nagrodą jest to, że mogę komuś poprawić humor muzyką, zaprosić kogoś do wewnętrznej wędrówki lub wzruszyć. Wiem, że w głębi wszyscy jesteśmy bardzo podobni i ulepieni z jednej gliny, więc jeśli coś podczas tworzenia daje mi emocje, jestem pewien, że po drugiej stronie głośnika znajdą się tacy, którzy też coś poczują.
Zostałeś jednym z dyrektorów artystycznych Męskiego Grania 2026 – to już zupełnie inna rola niż pisanie piosenek w studiu. Czujesz bardziej ekscytację tym wpływem, czy raczej ciężar odpowiedzialności, że masz realny wpływ na coś tak dużego?
Podchodzę do tego z dużym respektem, ale także z zaufaniem do siebie jako fana tego festiwalu. Chcę zrobić to tak, by czuć, że sam świetnie bawiłbym się na takim koncercie. Mamy wspaniały zespół, wybitne głosy na froncie. Nie mogę się doczekać.
Po tej płycie – która jest bardzo „Twoja” – masz poczucie, że to dopiero początek czegoś większego jako solowego artysty, czy raczej chciałeś przede wszystkim powiedzieć „to jestem ja” i zobaczyć, co dalej?
To dla mnie pierwszy duży krok, który tylko pobudził mój apetyt. Z pewnością w najbliższym czasie zabiorę się za pisanie kolejnego albumu.
Na koniec trochę luźniej – gdyby jednak nie wyszło z muzyką, to co by to było: budowlanka, gastronomia, ogrodnictwo, kasa w Biedronce, kurierka, warzywniak… czy może coś, czego kompletnie byśmy się po Tobie nie spodziewali?
Przez dwa lata studiowałem automatykę i robotykę na Politechnice Gdańskiej, więc pewnie siedziałbym zgarbiony nad laptopem. (śmiech przyp. red.)
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Sebastian Płatek