Cheap Tobacco: "Przy każdej płycie trochę eksperymentujemy ze sposobem nagrywania, tworzenia..."

Cheap Tobacco: Przy każdej płycie trochę eksperymentujemy ze sposobem nagrywania, tworzenia...
 fot. mat. prasowe Inf. prasowa

Rozmowa Natalią Kwiatkowską oraz Robertem Kapkowskim z zespołu Cheap Tobacco w związku z premierą ich najnowszego albumu „Wschody i zachody” który ukazał się 26 lutego.

Cheap Tobacco to zespół, który od ponad 15 lat konsekwentnie idzie własną drogą — bez pozy, za to z wyczuciem i scenicznym luzem. Ich znak rozpoznawczy to naturalne łączenie gitarowego, vintage’owego brzmienia z nowoczesną, taneczną elektroniką, które równie dobrze sprawdza się w klubach, jak i na największych festiwalowych scenach.

Grali m.in. na Sziget, Pol’and’Rock czy Męskim Graniu, a ich płyty Szum oraz Zobaczmy siebie ugruntowały pozycję zespołu na polskiej scenie. „Zobaczmy siebie” trafiło na listę OLIS Top 50, singiel „Bez słów” przez cztery tygodnie nie schodził z pierwszego miejsca w Radio Dla Ciebie, a „Szum” przyniósł zespołowi nominację do Fryderyki w 2019 roku.

 

26 lutego ukazał się Wasz piąty album zatytułowany „Wschody i zachody”. To moment, w którym zespół ma już swoją historię. Jak to doświadczenie wpływa dziś na sposób pisania i podejmowania decyzji — daje więcej swobody czy raczej skłania do większej ostrożności?

Natlia: Tak ! Bardzo się z tego powodu cieszymy. Jesteśmy podekscytowani, że ukazała się płyta nad którą pracowaliśmy 3 lata. Na pewno wypracowaliśmy sobie sposób pracy między sobą. Przy każdej płycie trochę eksperymentujemy ze sposobem nagrywania, tworzenia. Staramy się dołożyć nową cegiełkę do tej budowli. Ciężko powiedzieć tutaj o jakiejkolwiek ostrożności bo robimy muzykę taką, jaka nam gra aktualnie w sercach i głowach. To, czym aktualnie się inspirujemy oraz to, co aktualnie Natalia przeżywa i czym chce się dzielić czyli mamy nieograniczoną swobodę.

Praca nad albumem była rozciągnięta w czasie. Jak wyglądał ten proces: na ile była to konsekwentnie budowana całość, a na ile zbiór piosenek, które wspólny ton i sens znalazły dopiero na końcu? 

Natlia: 3 lata trwały prace nad tym albumem i teraz pracujemy nad tym, żeby dotarł on do odbiorcy przez promocję i trasy które zagramy w 2026r. Przy płytach Cheap Tobacco zawsze mamy trochę więcej  piosenek,  szkiców, riffów które następnie selekcjonujemy i zastanawiamy się, co pasuje, a co nie w tym przypadku było podobnie.

Faktycznie, jak to podliczyć, to pierwsze szkice piosenek pojawiły się trzy lata temu a pracę na materiałem realnie skończyliśmy w grudniu tego roku. Przez te 3 lata sporo się wydarzyło nie tylko w zespole ale też u nas prywatnie - zmieniliśmy się, dojrzeliśmy a nasze piosenki dojrzewały razem z nami. Była obawa, że płyta nie będzie miała w sobie tej spójności i “logicznej całości” przez to właśnie rozciągnięcie w czasie, ale okazało się, kiedy już złożyliśmy materiał w całość, że to wszystko się łączy i tworzy ciekawą, spójną całość. Nawet bardziej spójną niż myśleliśmy (śmiech przyp.red).

Z biegiem lat zmienia się nie tylko muzyka, ale też sposób myślenia o tym, po co się ją robi. Jak dziś definiujecie „dobry moment” dla zespołu — i czym różni się on od Waszych wcześniejszych wyobrażeń o sukcesie?

Natlia: Dobry moment dla zespołu, nie tylko naszego to taki moment, kiedy gra się koncerty, na które przychodzą fani. Czyli kiedy masz dla kogo grać. I jest ta bezpośrednia wymiana emocji. Kiedy twórczość trafia do odbiorcy bezpośrednio, co w tych czasach nie jest takie oczywiste. Algorytmy i tego typu zmiany powodują, że ktoś chce Cię obserwować, klika, ale nie dostaje informacji o tym, że pojawia się nowa muzyka.

Przy tym albumie zmieniliśmy podejście pod względem wydawania piosenek.  Przed premierą płyty wypuściliśmy 6 singli i prawie każdy z teledyskiem. Wydaje się, że przy promocji tej płyty jesteśmy bardziej widoczni w mediach na czym też nam zależało, bo wiemy, że to przełożyć się może właśnie na frekwencję na koncertach. Istnienie od 15 lat, granie koncertów i funkcjonowanie na własnych zasadach nie należy do najprostszych i dzisiaj to jest dla nas duży sukces! Jak i samo to, że płyta się ukazała (śmiech przyp.red)

Mam wrażenie, że na tej płycie jest więcej popowej lekkości i emocjonalnej bezpośredniości niż wcześniej — czegoś, co dziś dobrze rezonuje z artystami pokroju Darii Zawiałow czy Zalii. Czy to efekt świadomego skrętu, czy raczej znak czasu?

Natlia: My po prostu lubimy piosenki, więc ciągnie nas do prostych form już od drugiej naszej płyty “Szum”. 
Przy pracy nad albumem “Wschody i zachody” przyświecała nam idea “Mniej znaczy więcej”. Często przy pisaniu tekstów, wykreślaliśmy “nadmiar” słów, bo okazywało się, że można to samo powiedzieć mniejszą ilością wyrazów i w sumie, wtedy taki tekst ma mocniejszy przekaz. 

Przy warstwie tekstowej lubię bezpośredniość i opisywanie emocji wprost. Największą radością i spełnieniem są momenty, kiedy ktoś odnajduje w naszych piosenkach swoją historię, kiedy ten tekst trafia prosto w serce, w jakieś czułe struny. Faktycznie, czasy są takie, że tę strukturę piosenki się raczej upraszcza, natomiast mamy takie kompozycje, gdzie staramy się pobawić formą i nie układamy piosenki w “oczywisty sposób”, czy nie zaczynamy od razu od wejścia wokalu (a takie są w ostatnim czasie wymogi branży (śmiech przyp.red)).

Porozmawiajmy teraz o poszczególnych utworach, które znalazły się na płycie. „Z bliska” brzmi jak moment, w którym kończy się cierpliwość, a zaczyna potrzeba stawiania granic. Z jakiej perspektywy powstawał ten tekst — bardziej osobistej czy narracyjnej — i co było w nim najtrudniejsze do nazwania?

Natlia: Tym razem perspektywa osobista, chociaż tekst do piosenki “Z bliska” to  tak naprawdę suma moich obserwacji życia nie tylko mojego i takiej refleksji, że znam dużo relacji, które się rozpadają, bo ktoś nie jest szczery, czy udaje kogoś kim nie jest, rezygnując z siebie, bo myśli, że to taki związek utrzyma. A na koniec okazuje się że to nie pomaga. Dlatego ważne jest tworzenie relacji na prawdzie, jakakolwiek by ona nie była. Nie łatwa, nie ładna. Ale to ona może zbudować coś mocnego, odpornego.

Oczywiście, jeśli dwie strony będą na to gotowe. Bo sama miłość czasem nie wystarczy. No i pytanie, czy to na pewno miłość, kiedy nie jest szczerze? Głęboki temat na osobną rozmowę (śmiech przyp.red).  Najtrudniejsze było to wyznanie, bo jest ono dość osobiste. Nigdy nie miałam odwagi powiedzieć tego wprost i udało się to dopiero w piosence. 

„Bez słów” to jeden z moich ulubionych momentów na tej płycie. Wszystko opiera się tu na ciszy, niedopowiedzeniu i relacji zawieszonej „pomiędzy”. Ten utwór powstał wcześnie i przez długi czas funkcjonował samodzielnie — jak zmieniało się Twoje myślenie o tej historii, gdy zaczęła być częścią większej całości, jaką jest album?

Natlia: Uwielbiam tę piosenkę i jej historię, opowieść.  To ciekawe, bo “Bez Słów” powstała jako pierwsza zapowiedź albumu i mam wrażenie, że w jakiś sposób “przetarła drogę” i nadał kierunek tej płycie.  Kolejne kompozycje poszły w stronę właśnie takiej transowości, i motym slide’u na gitarze stał się tez czymś, co potem jeszcze się przewinęło w kolejnych kompozycjach. Mimo, że minęło 2 lata od jej wydania, nadal  mocno czuję jak bardzo jest aktualna.No i opowiada o relacji z drugim człowiekiem, tak jak mówisz - nie oczywistej, niedopowiedzianej, ale to też jakiś rodzaj miłości, która w swoich różnych odmianach na płycie istnieje i zmienia się razem z podmiotem lirycznym.

„A co jeśli” opiera się na zawieszeniu — między decyzją a jej brakiem, między pamięcią a próbą zapomnienia. Na ile ten utwór był dla Ciebie próbą uporządkowania myśli, a na ile świadomym zostawieniem historii bez jednoznacznego domknięcia?

Natlia: Traktuję ten utwór jako takie już rozliczenie się z przeszłością. A ta tęsknota tutaj jest ubrana w zadziorność. Tęsknię jeszcze trochę. I co z tego? Co w tym złego? No nic właśnie. Można jeszcze czasem zatęsknić natomiast świadomość że to minie, jest tutaj już mocno ugruntowana. 

„Back Door” wyraźnie odstaje językiem i energią od reszty płyty, brzmi bardziej konfrontacyjnie i surowo. Skąd pojawiła się potrzeba takiego numeru na tym albumie — i co wnosi on do całej opowieści, czego nie dałoby się powiedzieć w bardziej „miękkiej” formie?

Natlia: "Back door" to piosenka o ciągłym wpadaniu w autosabotujące nas schematy. Kiedy już nie chcesz kogoś ranić ale znów to robisz. Kiedy walczysz z duchami przeszłości i wiesz że to właśnie nasze pokolenia, muszą w końcu z tych schematów wyjść i dowieść, że świat stanie się lepszy tylko jeśli postawimy ogólną miłość na miejscu pierwszym. Do istnienia, do innych istot, ludzi, zwierząt, natury, samych siebie. Tego nie da się powiedzieć miękko. Muzyka powstała tu najpierw, a słowa napisałam później, ale energia tej piosenki idealnie oddała to, co chciałam powiedzieć. 

„Serce” to jeden z najbardziej bezpośrednich emocjonalnie tekstów na płycie. Jak wygląda proces pisania takiego utworu: czy ważniejsze jest oddanie emocji w danym momencie, czy dopiero późniejsze ich oswajanie i porządkowanie?

Natlia: Ta piosenka powstała bardzo szybko. Robert pokazywał mi szkice swoich pomysłów na piosenki i ta muzyka od razu zarezonowała ze mną.  Wzięłam kartkę i po prostu zaczęłam pisać słowa, które same wylewały się na kartkę. Był to dość trudny okres dla mnie w życiu prywatnym i to jest w piękne w pisaniu piosenek, że z takich trudnych momentów można zrobić coś pięknego. Że można coś “puścić”, uwolnić, uzdrowić. Taka autoterapia.

Z tymi emocjami, to chyba jedno i drugie. Myślę, że na pewno dobrze, żebyśmy sobie pozwalali na przeżywanie emocji na bieżąco, żeby tego nie odkładać ale często w wysokich emocjach mamy trochę zaburzony odbiór rzeczywistości i kiedy przychodzi dystans, mija czas, patrzymy na daną sytuację spokojniej i mądrzej. I to też jest potrzebne. 

Emocje są potrzebne i ich “wyrzucanie na bieżąco”  zwłaszcza w sztuce jest potrzebne. Ale w życiu chyba lepiej działają te już “uspokojone”.

„Paranoja” brzmi jak świadomy głos sprzeciwu wobec oczekiwań i narzuconych ról. Czy to był tekst pisany impulsywnie, bez autocenzury, czy raczej efekt dłuższego zbierania myśli i odwagi, by nazwać pewne rzeczy wprost?

Natlia: I tutaj muszę szczerze wyznać, że nie pamiętam etapów powstawania tekstu do tej piosenki. Wiem, że pomysł  i refreny pojawiły się chyba nawet jeszcze przed “Bez Słów”, natomiast zwrotki jakoś w między czasie - pamiętam tylko że bardzo spodobał mi się pomysł takiego pokazania kobiety, która nie chce podlegać “normom społecznym” w jakich żyjemy, które mówią nam jacy powinniśmy być, co nam wypada a czego nie wypada.

Jest to kobieta powiedzmy przed 40-tką więc często słyszy komentarze, że w tym wieku mogłaby się już ogarnąć. Temat też uniwersalny, bo przecież mężczyźni też czują na sobie to “brzemię” tego co trzeba “osiągnąć” w pewnym wieku. Ta piosenka jest sprzeciwem wobec tych norm. Niech każdy idzie przez życie w swoim tempie, z miłością. 

W „Ot tak” rozczarowanie pojawia się nagle, bez dramatycznych gestów. Czy zależało Ci bardziej na uchwyceniu konkretnego momentu, czy na opisaniu stanu, który narastał stopniowo?

Natlia: To był moment w moim życiu, w którym poczułam całkowite rozczarowanie wszystkim. Rozczarował mnie świat, który pędzi coraz szybciej, po łebkach do celu. Zapomina o tym, co najważniejsze. Rozczarowała mnie miłość, przyjaźń, praca. Stanęłam pod tą przysłowiową ścianą, z piosenki,  oparłam się o nią, zapaliłam papierosa i poczułam całą sobą to rozczarowanie. Uznałam je, zobaczyłam i wtedy wydarzyło się coś pięknego.

Przyszła do mnie myśl, że to jest dobre. Że rozczarowanie to jakiś rodzaj “odczarowania” i kiedy widzimy rzeczy takimi jakimi są, możemy wtedy się z nimi realnie zmierzyć i coś zrobić. Rozczarowanie pokazuje prawdę. i znów - może to nie jest przyjemne ale na pewno potrzebne. Bo dopiero wtedy można przestać płonąć, idąc pod wiatr.

„Co u Ciebie” ma w sobie dużo ciepła, pamięci i wdzięczności. Skąd wzięła się potrzeba takiego tonu — z obserwacji relacji, które trwają mimo zmian, czy z chęci zapisania emocji, które nie znikają wraz z upływem czasu?

Natlia: Tu historia jest trochę inna. Piosenka powstała podczas naszego obozu pracy twórczej w Narusie pod Fromborkiem. Robimy sobie raz na jakiś czas wyjazd zespołem do fajnego, ciekawego miejsca. Stawiamy tam przenośne studio i gramy od rana do nocy. “Co u Ciebie” powstało na takim właśnie wyjeździe. Promienie słońca wpadały do miejsca w którym graliśmy i to natchnęło mnie do napisania tego tekstu.

Chłopaki zaczęli sobie improwizować i tak powstał ten numer. Tekst właściwie pojawił się sam. Miałam wspomnienie tej letniej łąki, szybowców nad głową, słońca i jakoś tak się to ładnie ułożyło w opowieść o wdzięczności, za to, co było i za człowieka, który był w naszym życiu, niezależnie od tego czy i jak to się skończyło. Uwielbiam go grać na koncercie bo powoduje mnóstwo uśmiechu nie tylko u nas w zespole ale też wśród słuchaczy. 

„Lonely” osadza samotność w przestrzeni miasta, tłumu i ciągłego ruchu. Czy ten utwór wyrósł z konkretnego doświadczenia, czy raczej z długotrwałego poczucia bycia „nie na swoim miejscu”, które trudno przypisać jednemu momentowi?

Natlia: Lonely, to piosenka Roberta, z którym wspólnie napisaliśmy tekst, ale pomysł był jego, i to najbardziej jego przeżycia, więc oddaję głos do studia (śmiech przyp. red).

Robert:  Tak, pamiętam, że wziąłem gitarę, zagrałem akordy i od razu wiedziałem co czuję. Byłem w pędzie i chaosie. dużo się działo, dużo pracy, dużo życia towarzyskiego, tak naprawdę wszystkiego za dużo. Wziąłem gitarę przez przypadek i zagrałem i od razu poczułem, że to nie jest prawdziwe życie pojechałem na drugi dzień do lasu usiadłem nad brzegiem rzeki i nagrywałem zlepek słów na telefon. To była piosenka Lonely. O tym, że może być dookoła nas dużo ludzi, emocji, szumu, gwaru a my wtedy nie słyszymy siebie samych, nie czujemy, nie rozumiemy po co tu jesteśmy. A w naturze te odpowiedzi przychodzą same!

„Not Enough” dotyka sytuacji, w której nawet szczera miłość przestaje wystarczać. Z perspektywy autorki — co było w tym tekście ważniejsze: nazwanie granic czy zmierzenie się z poczuciem bezsilności?

Natlia: To już był moment takiego wkurzenia się pomieszanego z bezsilnością. Mocna, rockowa warstwa muzyczna, pomogła mi to bardziej “wykrzyczeć” i poczuć tę złość, której nie mogłam poczuć na co dzień. Nie dopuszczałam jej do siebie. A tutaj to wyszło naturalnie - daję komuś miłość i daję jej moim zdaniem bardzo dużo a to nadal nie wystarcza, to nadal za mało. Można się wkurzyć (śmiech przyp.red).

„Biegnij ze mną” zamyka płytę i jako jedyny utwór pojawia się z gościnnym udziałem. Co obecność drugiego głosu wniosła do tej historii — i skąd wziął się pomysł na zaproszenie do współpracy hugo?

Natlia: I znowu wracamy do naszych wyjazdów. Przystań Narusa, ostatni dzień. Gramy i mówimy sobie ok, Mamy cały materiał. Kończymy. I wtedy Robert mówi “ej a ja mam jeszcze takie coś” … zaczęliśmy grać. Zagraliśmy tę piosenkę wspólnie raz. Nasz realizator wszystko nagrał i już nie było powtórek. Ja złapałam zeszyt i długopis i tekst właściwie na mnie “spłynął”. Zaczęłam śpiewać go do tej muzyki i stało się to jednym organizmem.

Podczas odsłuchu nagrania, padł pomysł, że przydałby się tutaj fajny, męski wokal. I jak jeden organizm. w jednym momencie, wspólnie stwierdziliśmy, że hugo, czyli Hubert Gasiul będzie pasował tutaj idealnie. Szybki telefon do Huberta, zgodził się od razu i poszło (śmiech przyp.red).  Cieszę się, że ta piosenka zamyka album. Że po wszystkich perturbacjach i sytuacjach opisanych w piosenkach wcześniejszych, na koniec następuje ocieplenie.

Ogłosiliście już koncerty promujące „Wschody i zachody”. Jak podchodzicie do grania tego materiału na żywo - bardziej jako wiernego odtworzenia płyty czy przestrzeni do jej reinterpretacji na scenie?

Płyta a koncert to dla nas dwa różne światy,  choć oczywiście oba piękne!  Zagraliśmy jesienią trasę pra-premierową. Było to super doświadczenie, bo mogliśmy zobaczyć jak publiczność reaguje na nasze nowe piosenki i to było zaskakujące i miłe. Koncerty i studio to dwa różne światy. Na płycie czasem trudno oddać tę moc i energię, które na koncercie pojawiają się naturalnie.

My uwielbiamy koncerty, kontakt z publicznością i ważne jest dla nas, żeby każdy koncert był trochę inny, żeby zawsze słuchacz mógł odkryć coś nowego. Na trasę często zmieniamy aranże piosenek. Skupiamy się nad set listą, żeby taki koncert był ciekawą i spójną historią, czasem coś improwizujemy i wtedy powstaje coś zupełnie niepowtarzalnego. 

Niektóre piosenki od razu „myślą sceną”, inne potrzebują czasu. Jak było w przypadku materiału z „Wschodów i zachodów”?

Zależało nam, żeby trochę przyspieszyć tempa piosenek. Dlatego, że starsze kompozycje, często na płycie wydawały się mieć dobre tempo a na koncercie to trochę siadało. Spróbowaliśmy więc “z urzędu” zacząć szybciej bo właśnie mieliśmy na uwadze koncerty. To był bardzo dobry zabieg, bo cały materiał z nowego albumu gra się świetnie na żywo. 

Po latach grania na żywo koncert staje się osobnym bytem. Na ile dziś scena wpływa na Wasze dalsze myślenie o pisaniu piosenek — czy to nadal dopełnienie płyty, czy już równorzędne pole twórcze?

U nas zaczęło się od koncertów. Było dla nas najważniejsze, żeby jak najszybciej zacząć grać. Nagrywać zaczęliśmy później - takie były czasy, że to było możliwe. Grałeś dobrze, to polecano Cię dalej i jakoś się to układało. Nie trzeba było mieć super materiałów wizualnych czy wystarczającej ilości polubień. Byliśmy więc organizmem stricte koncertowym i mieliśmy spory problem przy nagrywaniu płyt, żeby tę energię oddać na albumach. Teraz to na pewno udaje się coraz lepiej. Natomiast zawsze dla nas koncert chyba będzie ważniejszy. Bo to żywy organizm, który wszystko czuje, każdą zmianę i emocję. 

Poprzedni album, „Zobaczmy siebie” (2022), ukazał się nakładem Agencji Muzycznej Polskiego Radia. Przy nowej płycie zdecydowaliście się na zmianę wydawcy. Na ile była to decyzja organizacyjna, a na ile element większej zmiany w sposobie myślenia o zespole i jego przyszłości?

Z Polskim radiem wydaliśmy nawet dwie płyty i była to bardzo dobra współpraca - dla nas na tamten czas bardzo też potrzebna i wspierająca. Natomiast chcieliśmy się znów usamodzielnić. Postanowiliśmy postawić na współpracę z wydawcą  tylko cyfrowym, który wprowadzi nasz album w świat cyfrowy a płytę fizyczną wydajemy sami. Przez to nie trafi ona do sklepów muzycznych ale, nie oszukujmy się- dzisiaj sprzedaż w sklepie jest na poziomie mikro. Mamy więc płyty ze sobą i będą z nami jeździć na koncerty. Jest to krok dużo bardziej opłacalny. 

Ten album jest bardzo spójny emocjonalnie. Co obecnie najbardziej Was porusza i karmi twórczo — muzyka, literatura, film, a może zwykłe, codzienne obserwacje?

Codzienne zwykłe obserwacje i własne przeżycia to chyba dla mnie najlepsza forma inspiracji. Po prostu życie. Uwielbiam siedzieć w kawiarni słuchać o czym ludzie rozmawiają, wyłapywać podobieństwa, punkty łączące nas wszystkich. Od lat czuję, że w środku wszyscy jesteśmy tacy sami. Niezależnie od wyznania czy grupy politycznej, z którą się utożsamiamy. Potrzebujemy tego samego -  akceptacji, zrozumienia, czułości. Bycia zauważonym. I w tym tkwi moc piosenki. Że właśnie te podobieństwa pokazuje. 

Jaką rolę dziś odgrywa dla Was słuchanie muzyki innych artystów — bardziej jako źródło inspiracji czy punkt odniesienia, od którego świadomie się odcinacie?

Raczej jest to inspiracja, lub ciekawość po prostu - co się dzieje w muzyce, w jaką stronę to idzie. 
Robert słucha  nowości, śledzi co się dzieje. Ja jestem raczej człowiekiem, który kocha muzykę lat 6o albo i starszych. Współczesnej często nie rozumiem. Też słucham czasem premier ale mam nieodłączne poczucie, że wszystko jest takie samo. Mam wielką nadzieję, że nasza muzyka czymś się wyróżnia. Uciekamy od tej “unifikacji” ale czy się to udaje? Nie wiem (śmiech przyp.red). 

Na koniec: z jakim uczuciem chcielibyście zostawić słuchacza po kontakcie z tym albumem — i czy to uczucie jest inne niż przy Waszych wcześniejszych wydawnictwach?

Chcemy, żeby kompozycje z albumu “Wschody i zachody” pomagały coś przeżyć. Przejść przez emocje, te trudniejsze, pomóc je uwolnić, i dojść razem z nami do wdzięczności za wszystko co było, jest i będzie. Bo ta płyta to opowieści o serce, które pękło ale idąc za słowami Leonarda Cohena - tylko po to, żeby przez te szczeliny i pęknięcia mogło do środka wpaść więcej światła. 

Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Sebastian Płatek
 

 

NETFAN.PL
Czytaj nas częściej w Google
DODAJ W GOOGLE
author

Sebastian Płatek

Redaktor naczelny
 redakcja@netfan.pl

 01.03.2026   Inf. prasowa   fot. mat. prasowe
CZYTAJ RÓWNIEŻ