Niezbędne
Zapewniają podstawowe działanie strony, bezpieczeństwo oraz zapamiętanie Twojej decyzji dotyczącej zgód.

Negatyw nie wraca z nostalgią ani z próbą odcinania kuponów od dawnych emocji. Wraca z płytą, która jest zapisem długiego milczenia, strachu i wewnętrznej walki. AUTOSTYGMATYZACJA to nie manifest i nie terapia w blasku reflektorów - to intymny raport z miejsca, w którym artysta przez lata był swoim najostrzejszym sędzią. W szczerej rozmowie Mietall Waluś mówi o zniknięciu bez fanfar, depresji nazwanej dopiero po czasie, o zdejmowaniu cudzych etykiet z własnej skóry i o tym, dlaczego dziś bardziej boi się powrotu niż debiutu.
Rozmowa z Mietallem Walusiem (NEGATYW)
Pamiętam Negatyw jako zespół, który w pewnym momencie po prostu zniknął. Bez konferencji prasowej, bez pożegnalnej trasy, bez patosu. Cisza. Dziś wracacie z płytą zatytułowaną „AUTOSTYGMATYZACJA”. To brzmi jak rozliczenie – z sobą, z ludźmi, z branżą. Zacznijmy więc od początku. Dlaczego wtedy zniknęliście?
Bo się przestraszyłem. I nie mówię tego jako pozy czy metafory. Po prostu mnie to wszystko przerosło. Branża, oczekiwania, tempo, presja bycia „kimś”. W pewnym momencie zorientowałem się, że zamiast muzyki zajmuję się wszystkim dookoła niej. I że coraz mniej mnie w tym wszystkim jest. Zniknięcie było instynktowne. Ucieczkowe. Nieheroiczne. Nie było w nim żadnego manifestu. Było zmęczenie, lęk i takie poczucie, że jeśli jeszcze chwilę to pociągnę, to coś we mnie pęknie na dobre.
Czyli to nie była przerwa artystyczna, tylko… ratunkowa?
Tak. To była ewakuacja. Zresztą wtedy jeszcze nie używało się słów „wypalenie”, „depresja”, „kryzys zdrowia psychicznego”. Byłeś facetem, muzykiem – miałeś grać, nie marudzić. A ja nie potrafiłem już grać, czując wewnętrzny fałsz.
Mówisz dziś wprost o depresji.
Dziś tak. Wtedy nie. Wtedy myślałem, że jestem po prostu słaby. Że nie ogarniam życia jak inni. Dopiero z perspektywy czasu widzę, że to była klasyczna depresja – przykryta ironią, pracą i milczeniem.
Tytuł „AUTOSTYGMATYZACJA” sugeruje, że bardzo długo sam sobie dokładałeś.
Oj tak. Byłem swoim najwierniejszym hejterem. Zanim ktokolwiek zdążył mnie ocenić, ja już miałem wyrok gotowy. I wykonywałem go regularnie. To jest dziwnie bezpieczne – jak sam siebie zniszczysz, nikt cię nie zaskoczy.
Ta płyta brzmi jak próba wyjścia z tego mechanizmu.
Bo nią jest. To nie jest płyta o tym, że „już jest dobrze”. To płyta o tym, że przestałem udawać, że zawsze musi być dobrze. Autostygmatyzacja to moment, w którym łapiesz się na tym, że nosisz cudze etykiety jak własne tatuaże. I zaczynasz je odrywać, nawet jeśli zostaje ślad.
To bardzo introwertyczna płyta. Skupiona na wnętrzu, nie na świecie zewnętrznym.
Bo ona jest o byciu samemu ze sobą. O momentach, w których nie ma już publiczności, rozmów, bodźców. Zostajesz tylko ty i twoje myśli. Nie chciałem komentować rzeczywistości ani być głosem kogokolwiek. Chciałem opisać ten stan – cichy, niewygodny, ale prawdziwy.
Jednym z najmocniejszych momentów albumu jest „Nie jestem taki zły”. To zdanie brzmi prosto, a jednocześnie niesie ogromny ciężar.
Bo to zdanie jest jak plaster. Nie leczy wszystkiego, ale pozwala oddychać. Przez lata żyłem z przekonaniem, że muszę być winny. Za coś. Za wszystko. Ten numer to pierwszy moment, w którym mówię sobie: stop. Nie wszystko jest moją winą.
W tym kontekście zaskakuje twoje podejście do AI. Wielu artystów mówi o zagrożeniu, o końcu twórczości. Ty mówisz: „jara mnie to”.
Bo nie widzę w AI wroga. Widzę narzędzie. Bardzo potężne, bardzo niebezpieczne – ale nadal narzędzie. Młotek też można użyć do budowy domu albo do rozwalenia komuś głowy. Problem nie jest w młotku.
Ustalmy jasno: AI nie miało żadnego udziału w powstawaniu „AUTOSTYGMATYZACJI”.
Żadnego. Ta płyta jest w stu procentach ludzka. Brudna, emocjonalna, momentami niewygodna. Tam nie było miejsca na algorytmy. To był proces, który musiał się wydarzyć między mną a… mną.
Skąd więc ta fascynacja?
Bo traktuję AI jako narzędzie do myślenia. Do testowania, do prowokowania siebie. Bawię się tym przy projektach, które dopiero kiełkują. AI nie ma bagażu. Nie boi się, że coś się „nie sprzeda”, że będzie „za dziwne” albo „za mało radiowe”. W tym sensie jest ciekawym partnerem do rozmowy, bo nie ocenia.
Nie boisz się, że kiedyś granica się zatrze?
Granica jest w głowie. AI nie ma potrzeby ekspresji. Ja mam. Dopóki wiem, po co robię muzykę i co chcę nią powiedzieć, żaden algorytm mi tego nie zabierze. Problem zacznie się wtedy, kiedy artyści sami oddadzą odpowiedzialność za własne emocje. Ale to nie będzie wina technologii.
Wracając do Negatywu. Czy bałeś się powrotu?
Bardziej niż startu. Startujesz anonimowo. Wracasz z historią, z legendą, z cudzymi wyobrażeniami. Bałem się, że ludzie będą chcieli tylko wspomnień. A ja nie chciałem wracać jako własna rekonstrukcja.
I co się okazało?
Że nie mam już potrzeby spełniać cudzych oczekiwań. To największa zmiana. Kiedyś każda opinia była jak wyrok. Dziś jest informacją. Czasem trafną, czasem kompletnie chybioną.
Na koniec – czym jest dla ciebie „AUTOSTYGMATYZACJA” tu i teraz?
Dowodem, że jeszcze czuję. Że nie zniknąłem drugi raz. Ta płyta niczego nie zamyka – ona raczej zostawia drzwi uchylone. I jeśli ktoś, słuchając jej, pomyśli przez chwilę „może nie jestem taki zły”, to znaczy, że było warto.
Rozmawiał: Paweł Trześniowski