Niezbędne
Zapewniają podstawowe działanie strony, bezpieczeństwo oraz zapamiętanie Twojej decyzji dotyczącej zgód.

Po ośmiu latach milczenia powracają z nowym utworem. Zespół Negatyw – legenda śląskiej sceny alternatywnej przełomu wieków – znów gra razem. Premierowy singiel „Przeładowanie” to nie tylko gitarowy powrót do korzeni, ale także mocny głos o kondycji psychicznej współczesnego człowieka. O powodach reaktywacji, sile szczerości i odpowiedzialności za słowa rozmawiamy z Mietalem Walusiem.
Negatyw wraca po latach. Co było impulsem, by znów wejść do studia?
Przede wszystkim potrzeba poczucia tej dawnej chemii. W ostatnich latach współpracowałem z wieloma muzykami, ale chciałem sprawdzić, jak to będzie wejść do studia z Melonem i Afganem, z którymi zakładałem zespół jeszcze jako nastolatek. I od razu poczułem, że to jest coś wyjątkowego. Do tego dołączył Robert Ligiewicz z Hey na perkusji i Leszek Kamiński za konsoletą. To dało mi radość i pewność, że Negatyw naprawdę może jeszcze coś ważnego powiedzieć.
Na początku XXI wieku mieliście sukcesy – od debiutanckiej płyty „Paczatares”, przez singiel „Amsterdam” w MTV, aż po trasę w Chinach. Dlaczego ten lot się urwał?
Nie wytrzymaliśmy psychicznie. Było zbyt dużo rock’n’rolla, a za mało dyscypliny. Alkohol, chaos, psychofani… Los otwierał mi drzwi, a ja często do nich nie wchodziłem, bo się bałem. Jestem hipochondrykiem, bardzo wrażliwym człowiekiem – a z zewnątrz wyglądało, jakbym był twardy. Dziś patrzę na to z dystansem – może i żałuję, a może nie. Wtedy po prostu nie byłem gotowy, by udźwignąć ciężar popularności.
Miałeś momenty, w których chciałeś całkiem wycofać się z muzyki?
Tak, wiele razy. Pamiętam, jak dostawałem listy od psychofanów – niektóre były groźbami. Miałem dwadzieścia kilka lat i kompletnie sobie z tym nie radziłem. Zdarzało się, że bałem się wychodzić z domu. Wtedy po prostu uciekłem od tego wszystkiego. Teraz rozumiem, że byłem za wrażliwy, zbyt podatny na emocje innych. Ale z tej słabości nauczyłem się czegoś ważnego: jak rozmawiać o emocjach, jak dbać o siebie.
Teraz wracacie z singlem „Przeładowanie”. To mocny, bardzo aktualny utwór.
Opisałem świat, który widzę. Jesteśmy przebodźcowani, bombardowani informacjami, uzależnieni od telefonów. Nasze mózgi działają jak przepełnione pendrive’y – zawieszają się. Coraz więcej ludzi nie radzi sobie psychicznie, rośnie liczba samobójstw. Ta piosenka jest krzykiem, żeby się nie poddawać, żeby szukać pomocy i nie bać się o nią prosić. To nie jest protest song, raczej zapis stanu ducha, apel: rozmawiajmy ze sobą, patrzmy na ludzi obok.
Okładka singla – czerwone tabletki i żyletka – też nie pozostawia złudzeń.
Chciałem, by wzbudziła refleksję, by nie dało się przejść obok obojętnie. Na początku wydawcy mieli opory, ale kiedy usłyszeli tekst i przesłanie, zrozumieli, że to ważne. Uważam, że dziś brakuje mocnych, wyrazistych obrazów w kulturze.
W twoich słowach powraca często temat depresji i kondycji psychicznej. Jak bardzo to osobista sprawa?
Bardzo. Sam byłem w trudnym stanie psychicznym i musiałem nauczyć się dystansu do życia. Kilka lat temu założyłem fundację Masz Mnie, która popularyzuje wiedzę o depresji. Byłem na wielu panelach, gdzie mówiłem o swoich doświadczeniach i doświadczeniach znajomych. I zauważyłem, że ludzie często wolą słuchać artysty, który opowiada o depresji swoim językiem, niż psychologa z tytułem naukowym. To nie znaczy, że specjaliści nie są potrzebni – wręcz przeciwnie – ale czasem piosenka albo świadectwo artysty może trafić do kogoś bardziej bezpośrednio.
Co daje ci muzyka w kontekście twojego zdrowia psychicznego?
To jest dla mnie forma terapii. Kiedy nagrywam piosenki, czuję się wolny. Mogę wyrzucić z siebie emocje, które czasem trudno ubrać w zwykłe słowa. Dlatego nie piszę tekstów „pod publiczkę” – to są moje historie, moje stany. Jeśli ktoś odnajdzie w nich cząstkę siebie, to jestem szczęśliwy.
Czy „Przeładowanie” to także twoje osobiste przeżycia?
Tak. Pisząc ją, sam byłem przeładowany. Musiałem odpocząć i złapać dystans, bo każda drobna sprawa potrafiła mnie kiedyś zniszczyć. Dziś wiem, że rozbita szklanka czy utrata pracy nie mogą być końcem świata. Ta piosenka jest właśnie o tym – żebyśmy potrafili spojrzeć na siebie z większą łagodnością.
Jak wygląda twoje codzienne życie teraz, po latach?
Kiedyś marzyłem o wielkich scenach i sławie, dziś cieszę się zwykłą kawą na mieście. Obserwuję ludzi, zastanawiam się, co mają w głowie. Doceniam małe rzeczy. Myślę, że najważniejsze w życiu jest zdrowie – fizyczne i psychiczne – oraz to, żebyśmy dobrze czuli się sami ze sobą. Dla mnie szczęście to nie kariera, tylko poczucie, że jestem na swoim miejscu.
A jak patrzysz na dzisiejszą młodą muzykę?
Słucham, co się dzieje, ale często mnie to przeraża. W tekstach jest mnóstwo seksu, narkotyków, pieniędzy. Brakuje szczerości i melodii. Oczywiście są wyjątki – np. Szczyl zrobił na mnie wrażenie – ale generalnie mam poczucie, że młodzi artyści często idą na skróty. Może to kwestia czasów. Ja wolę prostą gitarę i prawdę niż błyskotki.
Muzyka gitarowa – wasze pole – dziś ma trudniej niż 20 lat temu. Wierzysz, że znajdzie miejsce w nowej rzeczywistości?
Szczerze? Nie wiem i nie zastanawiam się nad tym. Kocham robić muzykę i robię ją szczerze. Nie nastawiam się na wielką karierę, raczej na prawdę. Jeśli ludzie usłyszą w „Przeładowaniu” coś dla siebie – to dla mnie największa nagroda.
Co dalej? Płyta? Koncerty?
Mamy kilka piosenek nagranych. Chciałbym, żeby album ukazał się w ciągu pół roku. Jeśli uda się zagrać kilka festiwali i koncertów – świetnie. Ale nic na siłę. W życiu najważniejszy jest dystans i szczerość. Niespodzianki są piękniejsze, kiedy nie nastawiasz się na wielki powrót, tylko pozwalasz muzyce żyć swoim rytmem.
Rozmawiał: Paweł Trześniowski