Marek Dyjak: "Jestem jak żółw – twardy na zewnątrz, miękki w środku..."

Marek Dyjak: Jestem jak żółw – twardy na zewnątrz, miękki w środku...
 fot. mat. prasowe Inf. prasowa

Pięćdziesiątka to moment, w którym wielu artystów spogląda wstecz. Marek Dyjak zamiast bilansu nagrał jednak jedną z najważniejszych płyt w swoim życiu. Album Mężczyźni to nie tylko opowieść o kryzysie tożsamości i poszukiwaniu sensu, ale też intymne wyznanie – o ojcu, którego nie miał, o córce, z którą nie ma kontaktu, i o miłości, która wciąż potrafi zaskoczyć. Dyjak mówi o bólu, tęsknocie i samotności, ale też o nadziei, sile muzyki i przyjaźni, która pozwoliła mu udźwignąć tę płytę.

Pięćdziesiątka. To spory bagaż i moment do podsumowań. A jednak zamiast podsumowania – nowa płyta.

Na pięćdziesiątkę sprawiłem sobie prezent – potężny, w sensie ciężki do udźwignięcia. Trzy i pół roku pracy, bólu, radości i chorób, które mnie po drodze dopadały. To nie było lekkie zajęcie. Ale miałem szczęście – przyjaciele, muzycy, menadżerka Kasia Wójcik – wszyscy dźwigali to ze mną. Bez nich tej płyty by nie było.

Tytuł „Mężczyźni” brzmi jak manifest.

Chciałem opowiedzieć o kondycji mężczyzny dziś. O prawach męskich, o tym, co ważne, co nieważne. My, mężczyźni, jesteśmy teraz w kryzysie tożsamości, często pogubieni. Krzyczymy niemym krzykiem. Ale ta płyta nie jest tylko dla facetów. Ona jest też dla kobiet – żeby nas zrozumiały i same odpowiedziały, kim dziś jest mężczyzna.

To brzmi poważnie, a jednak słychać na niej też radość. Choćby w „Kiedy będziesz zakochany”.

To przedwojenny standard. Śpiewam go jak przypomnienie o majowym stanie duszy, o miłości, która przychodzi znikąd. Chciałem, żeby na tej płycie był też promyk nadziei.

Najbardziej osobista wydaje się jednak „Spacer z ojcem”.

„Spacer z ojcem” to dla mnie najbardziej osobisty utwór na tej płycie. Ja ojca praktycznie nie miałem – nie było go w moim życiu. Ten brak, ta pustka, to coś, co zostaje w człowieku na zawsze. I dziś widzę, że podobny brak daje mojej córce – ona nie ma ojca we mnie. To moja wielka rana i poczucie winy. Ta piosenka jest więc zapisem tęsknoty podwójnej – za ojcem, którego nie miałem, i za córką, która nie ma mnie. To próba uchwycenia tego, co powinno być oczywiste: wspólnoty, bliskości, miłości rodzinnej. A jednak tego zabrakło.

Próbowałeś to zmienić? 

Próbowałem wyciągać rękę, ale może się nie nadaję. Może nie potrafię być taki, jakim powinienem. Zostało mi czekanie – na czas, który może kiedyś przyjdzie. „Spacer z ojcem” jest więc nie tylko piosenką o ojcu, ale też o moim ojcostwie – o pragnieniu więzi, której nie udało się zbudować. To jest moja tęsknota, mój ból i moja nadzieja w jednym.

Mówisz o sobie: z wierzchu twardy, w środku miękki.

Jestem jak żółw. Z zewnątrz pancerz, w środku miękkość. Nie śpiewałbym tych pieśni, gdybym nie miał wrażliwości. Muzyka czasem jest terapią, ale bywa też ciężarem. Kiedy nie gram, brakuje mi ludzi. A jedyny prawdziwy kontakt z drugim człowiekiem mam na koncertach.

Ważnym punktem tej płyty jest duet z Kasią Moś.

Uwielbiam z nią śpiewać. Kasia genialnie śpiewa, jest wspaniałą dziewczyną i wyjątkową osobą. Nie potrzebujemy prób – wychodzimy i po prostu razem wykonujemy utwór, jakbyśmy od dawna mieli ponadporozumienie. Łączy nas wspólna wrażliwość – od smutku do nadziei, od nostalgii do jasności. Wystarczy jeden dźwięk i zmienia się wszystko.”

A zespół? Słychać, że pozwoliłeś im poszaleć.

Tak miało być. Mateusz Kołakowski, Alan Wykpisz, Grzesio Pałka, Lech Szczerba… oni mają prawo grać, jak czują. Na koncertach te sola są jeszcze dłuższe, bardziej szalone. To wolnościowa płyta.

W finale mówisz: „Ja jestem śmierć”.

To puenta, której nie da się ominąć. Bo życie mężczyzny – tak samo jak kobiety – kończy się zawsze w ten sam sposób. Chciałem, żeby ta piosenka wybrzmiała jak akustyczny death metal: brutalnie, bez złudzeń, a jednocześnie z pewną czułością. „Ja jestem śmierć” to przypomnienie, że finał jest nieuchronny, ale nie trzeba go przeżywać w rozpaczy. Można pamiętać o piekle, a jednak nie tonąć w smutku. W tej frazie jest dla mnie coś oczyszczającego – takie pogodzenie się z losem, które paradoksalnie daje siłę, żeby żyć dalej i jeszcze mocniej kochać.

Co dalej?

Wyzdrowieję i pojadę w trasę. Będę śpiewał dla ludzi. To jest mój imperatyw. Choć boli, choć czasem człowiek chciałby leżeć w łóżku, to jednak coś mnie pcha do przodu. Tak długo, jak mogę, będę śpiewał.

Rozmawiał Paweł Trześniowski

 

NETFAN.PL
Czytaj nas częściej w Google
DODAJ W GOOGLE
author

Paweł Trześniowski

 12.09.2025   Inf. prasowa   fot. mat. prasowe
CZYTAJ RÓWNIEŻ