Niezbędne
Zapewniają podstawowe działanie strony, bezpieczeństwo oraz zapamiętanie Twojej decyzji dotyczącej zgód.

Rozmowa z Bonaventurą finalistą tegorocznej edycji Must Be The Music, który dał się poznać jako artysta niezwykle wrażliwy i autentyczny. Jego finałowe wykonanie utworu „Telefon do przyjaciela” poruszyło serca publiczności i jurorów, zostawiając po sobie ciszę pełną emocji. To właśnie szczerość i siła przekazu wyróżniają go na tle innych.
Cześć Karol. Bardzo się cieszę i dziękuję, że znalazłeś czas na rozmowę. Jesteś finalistą ostatniej edycji programu Must Be The Music w którym zająłeś trzecie miejsce. Miałeś już trochę czasu, żeby ochłonąć po tych wszystkich emocjach. Jak wspominasz swój udział w tym telewizyjnym show?
Udział w programie wspominam bardzo dobrze. Teraz mam chwilę by odpocząć i przygotować się na dalszą pracę, która mnie czeka. Szczerze mówiąc to tęsknię za ludźmi z którymi tworzyłem ten program. Z niektórymi bardzo się zakumplowałem i mam nadzieję, że te relacje przyniosą coś ciekawego muzycznie! Tęsknie za muzykami z którymi wykonywałem moje utwory, za cudownymi prowadzącymi – Patrycją, Maćkiem i Adasiem. No i oczywiście za artystami z którymi tam byłem. Ta tęsknota tyczy się również ludzi z produkcji - Hani i Daniela. Zostały ze mną piękne wspomnienia. Będę do nich powracać często.
Wiesz, dużo się mówi, że dzisiaj w dobie internetu, social mediów, telewizja nie ma już takiej wielkiej mocy oddziaływania na ludzi. Jednak, to właśnie telewizja – komercyjna spowodowała, że ze swoją muzyką dotarłeś do serc tak wielu słuchaczy. Czy odczuwasz już pierwsze symptomy popularności?
Nie lubię określenia „popularność”, bo nie uważam się za osobę popularną, ale da się odczuć, że jestem kojarzony. Ludzie mnie zaczepiają, ktoś prosi o zdjęcie, o autograf, ale ja tego nie lubię. Wolę z kimś wymienić parę zdań i zapytać jak mu mija dzień. Bliższy mi jest kontakt z drugim człowiekiem, aniżeli szybkie selfie. Poza tym lubię sobie postawić granicę między mną na scenie, a mną w życiu codziennym.
Na swoim koncie masz debiutancki album „Bonaventura i jego ballady”. Przyznaję, jeszcze w trakcie trwania programu, zakupiłem ten krążek i jestem nim zachwycony. A musisz wiedzieć, że jestem miłośnikiem i kolekcjonerem płyt, więc dla mnie muzyka na nośniku fizycznym ma swoją duszę. Czy w planach masz wydanie płyty na winylu?
W planach na jesień jest wydanie drugiego albumu. Wzrost zainteresowania moją muzyką sprawiło, że kilka osób pytało już o płyty winylowe. Na pewno płyty winylowe to coś ponadczasowego, coś ciekawszego. Uwielbiam te trzaski i szumy, które tworzą cudowny klimat. Myślę, że jest to warte rozważenia.
Pozwól, że cofniemy się trochę w czasie. Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z muzyką i jak wyglądała twoja droga do miejsca w którym dzisiaj jesteś?
Wiesz co? Myślę, że to dzięki mojej mamie jestem tu, gdzie jestem. To ona zapisała mnie do szkoły muzycznej, bo ponoć od dziecka śpiewałem, byłem nieznośny i wszędzie mnie było pełno (do tej pory tak jest). Musiała sobie jakoś z tym poradzić! Spożytkowała moją energię na coś wspaniałego. Jestem jej za to wdzięczny.
Oczywiście cała edukacja nie była łatwa. Wielokrotnie od nauczycieli usłyszałem słowa, że „nie nadaję się do tego” ale najbardziej zapisały się w mojej pamięci słowa Pana od kształcenia słuchu, który powiedział mi kiedyś, że „pora zmienić szkołę”, bo nie byłem w stanie napisać dyktanda dwugłosowego. Byłem z tego kiepski i zdałem kształcenie słuchu na dopuszczający dzięki koleżance, która pomagała mi spisywać na testach. Ale Bogu dzięki spotkałem też cudownych, wspierających nauczycieli, którzy pomogli mi przejść przez to wszystko. Bardzo im za to dziękuję.
Moja edukacja w szkole muzycznej trwała 12 lat. Nie miałem dzieciństwa, nie miałem czasu na zabawę z rówieśnikami, bo albo siedziałem w szkole do późnych godzin wieczornych, albo ćwiczyłem na instrumencie. Do dziś odczuwam tego skutki. Może dlatego czasami jestem taki sztywny? (śmiech przyp.red)
Potem pojawiła się Akademia Muzyczna w Krakowie. Miałem być śpiewakiem operowym. Studia były ciekawe, ale już wtedy czułem, że to nie jest moje, to nie jest coś co sprawia mi radość w stu procentach. Po 5 latach edukacji próbowałem swoich sił na przesłuchaniach czy to w Kopenhadze, czy to w Hanowerze, była też próba w Teatrze Wielkim w Warszawie, ale wszystkie podejścia kończyły się fiaskiem. Ponoć mój głos był „za okrągły” i szansa, że przebiję się przez orkiestrę była znikoma. Mój świat się wtedy zawalił, bo nie miałem bladego pojęcia co dalej zrobić z życiem. Ale jakoś tak się wszystko zaczęło układać, że powoli zacząłem wychodzić do ludzi ze swoimi pierwszymi piosenkami. Czułem, że to jest to, coś co sprawia mi radość bardziej niż śpiewanie Mozarta.
Po studiach nie miałem pracy w zawodzie. Przepracowałem 10 miesięcy w sklepie meblowym. Praca tam mnie męczyła, ale dzięki ludziom udało się to jakoś znieść. Musiałem jakoś zarobić pieniądze na pokój i wyżywienie. Po kilku miesiącach przyszedł do mnie duży zjazd. Zwolniłem się z pracy, bo czułem się nieszczęśliwy, tak jakbym nie pasował do miejsca w którym byłem. W ten sposób zaczęła się moja przygoda z graniem na ulicy. I myślę, że to granie nauczyło mnie pokory i umocniło. Cieszę się, że to miało miejsce w moim życiu.
Po trzech miesiącach muzykowania zbliżała się jesień, więc nie było opcji, że będę na zimnie grał by zarobić na chleb. Nadszedł kolejny kryzys. „Co mam dalej ze sobą zrobić?” - myślałem. Poradziłem się przyjaciela i usłyszałem - „Karol, idź uczyć dzieci, byłbyś super nauczycielem!” Bardzo mocno się wtedy zaśmiałem i powiedziałem, że nie mam na to cierpliwości, nie ma mocy, że wytrzymam. Powiedziałem „jak chcesz, to wyślij moje CV, ale ja tego nie zrobię” - i tak mój kolega znalazł mi pracę. Była to dla mnie cudowna lekcja. Wiedziałem po swoich doświadczeniach jakim nauczycielem nie być, by kogoś nie skrzywdzić, ale także zobaczyłem, że czasami coś sobie ubzduramy i okazuje się, że to nie pokrywa się z rzeczywistością. Nagle znalazłem w sobie duże pokłady cierpliwości i polubiłem to, co robię. Bardzo cenię moich uczniów i cieszę się, że mogłem ich czegoś nauczyć, dać im coś, co wyrośnie w nich za kilka lat. W tym miesiącu kończę pracę nauczyciela by oddać się całkowicie muzyce. Chcę nadal tworzyć i rozwijać się jako artysta. Te dwa lata uczenia innych były wspaniałe. Miałem swoich uczniów, od których też dużo się nauczyłem. Życzę im z całego serca tego, aby twardo stali za sobą, swoimi pragnieniami i marzeniami.
Rozmawiając z wieloma artystami, którzy kończyli szkoły muzyczne i mieli z nimi różne doświadczenia wiem, że nauka w takiej szkole nie zawsze jest przyjemnością. Poniekąd sam trochę przed chwilą o tym powiedziałeś, że usisz mieć wyjątkowo silną motywację, by z tej drogi nie zejść. Jak Ty sobie radziłeś z tymi trudnymi momentami?
Było dużo cięższych chwil, ale sytuację zawsze ratowali życzliwi ludzie i projekty artystyczne, które dawały mi poczucie, że to co robię jest komuś potrzebne. Szybko się zorientowałem, że pomimo tych momentów zwątpienia przychodzi czas na koncert, po którym można zobaczyć szczęśliwą widownię. To dawało mi największą satysfakcję. W chwilach kryzysu pomagała mi Adele i jej twórczość. Dzięki niej udało mi się przejść przez to z czym jako młody chłopak nie potrafiłem sobie poradzić. Choć chwile zwątpienia mam do dzisiaj. Myślę, że to nieodłączna część naszego życia.
Skoro wspomniałeś o Adele, to od razu nasuwa się pytanie jakiej muzyki i jakich wykonawców słuchasz na co dzień?
Od kilkunastu lat nieustannie Adele, bo jakże by kogoś innego! Szczerze powiedziawszy nie ograniczam się. Słucham wszystkiego co mi się podoba. Raz mam ochotę na coś skocznego i do potańczenia, a raz coś do zawinięcia się w koc. Bardzo cenię twórczość Florence Welch, Lany Del Rey, Kate Bush, Sii, Amy Winehouse, Arethy Franklin, Katie Melua, Isaka Danielsona czy Duffy. Mógłbym wymieniać w nieskończoność!
Z polskich artystów bardzo lubię słuchać Ani Dąbrowskiej, Kaśki Sochackiej i Korteza. To są naprawdę cudowne głosy, które potrafią utulić słuchacza. Bardzo lubię też piosenki Anny German czy Ewy Bem. Ale mamy też innych, wspaniałych polskich twórców, ale musiałbym się rozpisać by przytoczyć te wszystkie nazwiska!
Tworzysz niezwykle klimatyczne i nastrojowe utwory, które zawierają ogromny ładunek emocjonalny. Z tymi piosenkami, każdy z nas może się identyfikować, bo poruszają bliskie wszystkim nam kwestie. Co Cię inspiruje? Jak wygląda Twój proces twórczy?
Mnie inspiruje przede wszystkim moje życie i doświadczenia. Co do procesu twórczego - z tym różnie bywa. Czasami piosenki spadają do mnie jak grom z jasnego nieba, a czasami muszę siedzieć i dłubać, szukać, testować, próbować, wymyślać. Są chwile, gdy piosenkę odkładam na pół roku, bo nie byłbym w stanie jej dobrze nagrać i przekazać prawdziwych emocji, które we mnie są na dany moment. W tym roku miałem pierwszy raz taką sytuację, że piosenka i melodia mi się przyśniła! Od razu po obudzeniu nagrałem ją na dyktafon. Będzie do przesłuchania na nowym krążku.
Na etapie przesłuchań w programie Must Be The Music, zaprezentowałeś utwór „K+K”. Oglądając program, muszę przyznać, że podczas Twojego występu udało Ci się mnie muzycznie zaczarować. Stworzyłeś niezwykły klimat. Opowiedz, jak powstała ta piosenka i jaka historia się z nią wiąże?
Ta piosenka powstała wtedy kiedy miałem kiepski czas w swoim życiu. Pewnego dnia obserwowałem sobie jak młodzi ludzie ledwo szli wzdłuż Wisły, a w rękach trzymali blanta. Uświadomiło mi to, że dużo osób ucieka w nałogi by nie czuć, bo boją się pobyć ze swoimi emocjami bądź przyznać do smutku. Bardzo upychają to co czują poprzez coś, co daje ulgę tylko na chwilę. W naszym społeczeństwie to jest bardzo widoczne, bo wymaga się od mężczyzn tego, że będą nie do zajechania, będą niezłomni i nieugięci. A potem pod koniec dnia siadają samotnie w ciemnym pokoju i wciągają kreskę, czy biorą „małe coś”, bo jednak są tylko i aż człowiekiem. Oprócz tych moich obserwacji śpiewam do mojego przyjaciela, który bardzo mocno mnie wspierał w tym czasie. Dzwonił codziennie by zapytać czy mi już lepiej, czy już wychodzę z dołka, dał mi wtedy dużo obecności i wsparcia. Jestem wdzięczny za takich przyjaciół, naprawdę, a oni ze mną nie mają lekko (śmiech przyp.red).
W odcinkach na żywo wykonałeś utwory „Ktoś kogo znam ślub bierze” (który pochodzi z debiutanckiego krążka przyp.red) oraz w wielkim finale piosenkę „Telefon do przyjaciela”. Jaką zasadą kierowałeś się przy wyborze piosenek do programu?
Szczerze? Wybrałem te piosenki, które są dość melodyjne i wpadają w ucho, ale oprócz tego o czymś opowiadają. O czymś niezwykle ważnym dla mnie. Poza tym bardzo chciałem je wykonać z zespołem i tak się też stało.
Kończąc wątek Must Be The Music, z perspektywy czasu, jak oceniasz swoją decyzję o zgłoszeniu się do tego programu? Gdybyś mógł cofnąć czas, zrobiłbyś wszystko dokładnie tak samo czy coś jednak byś zmienił?
Nic bym nie zmienił. Wydarzyło się przez to dużo miłego i ciekawego. Jestem ciekawy gdzie zaprowadzi mnie dalsza muzyczna droga. Ludzie wlali we mnie ogrom odwagi za co jestem im wdzięczny.
Jesteś tuż po premierze singla „zachody i wschody”. Piosenka zapowiada Twój nowy album. Czy możesz nam zdradzić więcej szczegółów na temat samej płyty?
Nadchodzący album będzie zbiorem moich kolejnych przeżyć, które miały miejsce w moim życiu. Nic więcej nie mówię, bo każdy moją muzykę zinterpretuje na swój sposób i powie to, co będzie chciał powiedzieć. Pozostawiam ten album do indywidualnej oceny.
Porozmawiajmy jeszcze przez moment właśnie o tych symbolicznych „zachodach i wschodach”. Nie jest to łatwa piosenka, bo porusza bardzo ważną kwestię, jak ważne jest życie w zgodzie ze samym sobą i z akceptacją samego siebie. Nie jest to łatwe, szczególnie przy takim trybie życia jaki większość z nas prowadzi, czy szybkości i intensywności informacji które każdego dnia przetwarzamy. Czy według Ciebie, jest jeszcze dla nas szansa na ratunek?
Tak. Trzeba czasami zwolnić i powiedzieć sobie „stop”. Zatrzymać się na moment, przemyśleć co nam służy, a co nie. Jakich ludzi chcemy wpuścić do życia, a którzy zabierają nam energię i są interesowni. Jestem teraz bardzo czujny jeżeli chodzi o dobieranie sobie znajomych, bo bardzo szanuję siebie i swój czas.
Apropos znajomych, to muszę Ci powiedzieć że mamy wspólnych znajomych w postaci chłopaków z grupy Hengelo (śmiech przyp.red). Jakiś czas temu, podsunąłem chłopakom pomysł, żebyście wspólnie coś nagrali. Połączenie charyzmatycznego wokalu Matusza (wokalisty zespołu) z Twoim to mogłoby być coś niesamowitego. Powiedz mi, jak Ty podchodzisz do tego rodzaju propozycji? Jesteś otwarty, czy bardziej sceptycznie się na takie pomysłu zapatrujesz?
Jestem ogromnym fanem pracy z ludźmi. Uwielbiam, gdy artyści razem tworzą muzykę i nie zamykają się tylko na swoim podwórku. Razem możemy dać tyle fajnego, pięknego i ciekawego ludziom! Uwielbiam różne pomysły, punkty widzenia, odmienności, bo to jest super pole do pracy. Co dwie głowy to nie jedna! A jak będzie ich więcej to sam wiesz!
Jak myślisz, dlaczego tak mało takiej emocjonalnej muzyki, jaką między innymi Ty tworzysz w radiu czy w telewizji?
Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Jak włączam radio to każda piosenka brzmi tak samo, może trzeba się wbić w jakiś schemat? Może jest jakiś przepis na to? Jak znasz to poproszę! Może kiedyś stworzę jakiś turbo radiowy kawałek?! (śmiech przyp.red). Nie wiem czy radiostacje nie preferują bardziej czegoś skocznego, pobudzającego i wesołego aniżeli spokojnego, melancholijnego i emocjonalnego. Spójrzmy też prawdzie w oczy - artysta zarobi więcej jeżeli jego muzyka jest na topie i jest często grana. Myślę, że tutaj trzeba być ostrożnym, by nie zgubić w tym wszystkim siebie. Nawet jeżeli w przyszłości zrobię numer stricte pod komercję - będzie to nadal na moich zasadach i w zgodzie ze mną.
Nie jest tajemnicą, że w naszym kraju gust muzyczny rodaków kształtują trzy duże komercyjne stacje radiowe, które, tak jak wspomniałeś do znudzenia grają praktycznie identycznie brzmiące piosenki. Często w argumentach, podaje się wyniki słuchalności itp. Jednak m.in. Twoja osoba, pokazuje, że nawet w telewizji komercyjnej muzyka płynąca z serca świetnie sobie radzi. Jak myślisz, czy jest światełko nadziei na zmiany w mentalności polskich dziennikarzy muzycznych?
Oj, tego nie jestem w stanie przewidzieć, ale byłoby mi bardzo miło, gdyby ktoś mnie puścił w komercyjnych stacjach! Tutaj chcę myśleć realnie. Umówmy się - szansa, że podbiję wyniki słuchalności jest znikoma. Ale kto wie co przyniesie przyszłość? Zapotrzebowanie na taką muzykę maleje. Teraz każdy może wydać piosenkę, zostać gwiazdą na szybko. Wystarczy dobry producent i zasoby finansowe. W tej muzyce nie ma duszy. Jest to bardzo płytkie. Trochę brakuje mi tych czasów, gdy zanim ktoś nagrał kawałek został prześwietlony wzdłuż i wszerz czy się do tego nadaje. Musiał coś potrafić. Mieć głos i umiejętności. Ale jestem tego zdania, że dobrego muzyka poznasz po wykonaniach na żywo.
Na koniec naszej rozmowy: Czego Ci życzyć?
Odwagi, jej nigdy za wiele. Odwagi bym dalej tworzył i nie bał się iść swoją drogą. Wiarę w siebie mam, ale z odwagą u mnie różnie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Sebastian Płatek