Niezbędne
Zapewniają podstawowe działanie strony, bezpieczeństwo oraz zapamiętanie Twojej decyzji dotyczącej zgód.
Płatek kwiatu kojarzy się z czymś delikatnym. Łatwo go zerwać, zgnieść albo zdeptać. Ariana Grande doskonale o tym wie. Na swoim ósmym albumie nie próbuje jednak udowodnić, że wcale taka delikatna nie jest. Zamiast tego zadaje znacznie ciekawsze pytanie: ile razy można zostać zdeptanym, zanim przestanie się przejmować tym, kto właśnie stoi nad tobą?
„Petal” ukazuje się w szczególnym momencie kariery Ariany Grande. „Eternal Sunshine” przypomniało, jak sprawnie potrafi zamieniać prywatne doświadczenia w popowe piosenki, później przyszły dwie części „Wicked”, rola Glindy i uznanie również poza światem muzyki. Jednocześnie powrót na pierwsze strony mediów oznaczał kolejną falę zainteresowania wszystkim, co z samą muzyką ma niewiele wspólnego – wyglądem, związkami czy życiem prywatnym.
Grande sama określała emocje towarzyszące nowemu materiałowi jako trochę dzikie, wręcz przepełnione niefiltrowaną złością. Kto spodziewa się jednak dwunastu piosenek, w których jedna z największych gwiazd popu wreszcie wali pięścią w stół, może być zaskoczony.
Ariana nie krzyczy. Czasami wręcz szepcze. I właśnie na tym kontraście zbudowane jest „Petal”.
Ósmy studyjny album Grande powstał przede wszystkim we współpracy z ILYĄ, a przy trzech utworach dołączył do nich Max Martin. To bardzo kameralny zespół jak na wydawnictwo gwiazdy tej wielkości i rzeczywiście słychać tutaj dużą spójność. Ariana częściej korzysta z wysokiego, lekkiego rejestru, buduje wielowarstwowe harmonie i pozwala głosowi unosić się nad produkcją, zamiast co kilka minut przypominać, jak potężnym instrumentem dysponuje.
Już otwierające „Kiss Me” pokazuje, że za tą lekkością niekoniecznie kryje się spokój. Grande śpiewa o świecie desperacko potrzebującym lekarstwa i sama przyznaje, że nie czuje, by do niego należała. Potrzebuje czegoś, co pozwoli jej ponownie coś poczuć – miłości, obsesji, czegokolwiek wystarczająco intensywnego, by przywrócić ją do życia. Nawet pocałunek zostaje tutaj potraktowany jak ostatni, jakby relacja od samego początku miała wpisaną datę ważności.
Jeszcze ciekawiej robi się w pierwszym singlu „Hate That I Made You Love Me”, który jeszcze przed premierą albumu zdążył stać się ogromnym przebojem. Utwór zadebiutował na szczycie Billboard Hot 100, dając Grande jej dziesiąty numer 1 w Stanach Zjednoczonych. Przy okazji ustanowiła rekord – główne single promujące każdy z jej pierwszych ośmiu albumów studyjnych debiutowały w pierwszej dziesiątce zestawienia. Piosenka dotarła również na szczyt Billboard Global 200 i globalnego zestawienia Spotify.
Popularność utworu jest tym ciekawsza, że pod powierzchnią kolejnej świetnie wyprodukowanej popowej piosenki kryje się tekst, który wcale nie musi opowiadać o byłym partnerze.
Grande śpiewa o cudzych projekcjach, o ludziach, którzy oddali jej swoje serca z własnej woli, a później mają do niej pretensje o to, że nie spełniła stworzonego przez nich wyobrażenia. Pojawia się ktoś, kto „pożyczył” jej ciało, studiował jej koronę i chciałby widzieć ją dokładnie tam, gdzie sam się znajduje. Nietrudno zobaczyć tutaj komentarz do relacji gwiazdy z publicznością, mediami i internetem.
„Hate That I Made You Love Me” można więc odczytać niemal jak odpowiedź na jeden z najbardziej absurdalnych mechanizmów współczesnego popu. Najpierw miliony ludzi tworzą sobie własną Arianę Grande, a później prawdziwa Ariana Grande ponosi odpowiedzialność za to, że nie zachowuje się zgodnie z ich scenariuszem.
Jeszcze mocniej ten pomysł wybrzmiewa w znakomitym teledysku. Zamiast standardowego popowego klipu dostajemy rozbudowaną, filmową historię utrzymaną w konwencji psychologicznego horroru. To wizualne rozwinięcie obsesji obecnej w tekście – fascynacja Arianą i próba posiadania własnej wersji gwiazdy przestają być niewinnym uwielbieniem, a zaczynają robić się naprawdę niepokojące. Grande może przy okazji wykorzystać doświadczenia zdobyte przed kamerą i pokazuje, że po „Wicked” jej aktorska kariera zdecydowanie nie musi być traktowana jako poboczny dodatek do muzycznej.
Tym samym jeden z największych komercyjnych sukcesów „Petal” okazuje się jednocześnie jednym z najbardziej gorzkich komentarzy Grande na temat własnej popularności. Miliony ludzi ją kochają. Problem zaczyna się wtedy, gdy każdy chciałby kochać swoją własną wersję Ariany.
Tytułowe „Petal” idzie jeszcze dalej i chyba najlepiej tłumaczy, czym właściwie jest ten album.
Artysta powinien cierpieć, bo przecież z cierpienia powstają najlepsze historie. Rozstanie? Świetnie, będzie kolejna płyta. Katastrofa w życiu prywatnym? Jeszcze lepiej. Publiczność dostanie emocje, wytwórnia produkt, a na końcu wszyscy wstaną i zaczną bić brawo.
Grande doskonale zdaje sobie sprawę z groteskowości tego układu. Śpiewa o konieczności opowiadania najgorszych doświadczeń przed publicznością, która nagradza je owacją. Jednocześnie stanowczo odrzuca rolę ofiary. Wie, jak wiele ma, wie, jak uprzywilejowana jest jej pozycja i nie prosi nikogo o ratunek.
Tytułowy płatek leżący na chodniku okazuje się więc bardzo dobrą metaforą. Jest delikatny i można go zdeptać, ale pozostaje częścią czegoś, co potrafi ponownie zakwitnąć.
Po tak mocnym środku ciężkości „Stay” zaskakuje prostotą. To jeden z tych momentów, kiedy Ariana przestaje chować emocje za metaforami. Pojawia się nowa relacja i strach człowieka, który bardzo chce tym razem zostać, ale pamięta, co wydarzyło się wcześniej. Najważniejsze pytanie nie brzmi więc: „czy mnie kochasz?”, lecz: czy tym razem będę przy tobie bezpieczna?
I tutaj dzieje się coś ważnego również wokalnie. Grande pozwala sobie zaśpiewać pełniej, bardziej bezpośrednio. Nie musi niczego udowadniać, ale właśnie dlatego przypomnienie jej możliwości robi tak duże wrażenie.
„Oh Well” jest jednym z ciekawszych produkcyjnie momentów albumu. Lekki, połamany rytm świetnie współpracuje z charakterystycznymi harmoniami Ariany, podczas gdy tekst opowiada właściwie o uczeniu się życia bez dysfunkcji. Dobre rzeczy mogą zastąpić obsesję. Można przestać odpowiadać za problemy, które nigdy nie należały do nas. Można nawet kochać kogoś naprawdę i jednocześnie zrozumieć, że trzeba pokazać mu drzwi.
Grande zostawia przy okazji świetnie gorzki komentarz: spokojnie, nadal będziesz dostawać piosenki o naszych rozstaniach.
„Big Feelings” robi krok w stronę znacznie bardziej znajomej Ariany. Jest flirt, seks, humor i pewność siebie. Grande doskonale wie, jakie wywołuje emocje i tym razem nie ma zamiaru się z tego tłumaczyć. Muzycznie utwór jest bardzo przyjemny, choć refren oparty na ciągłym powtarzaniu tytułu zaczyna z czasem sprawiać wrażenie, jakby dobry pomysł nie został rozwinięty tak mocno, jak mógł.
Znacznie ciekawszy jest „Freak”. To jeden z tych utworów, przy których miękkość „Petal” zaczyna pękać. Grande odmawia spełnienia cudzej fantazji. Nie będzie robić tego, czego się od niej oczekuje. Marzy o chwili, kiedy wszystkie nasiona wreszcie się otworzą, a życie, którego jej odmawiano, zacznie rosnąć wokół niej. Tyle że chwilę później sama przyznaje, że nie potrafi odejść.
I właśnie ta sprzeczność jest dużo bardziej interesująca niż prosta piosenka o odzyskaniu niezależności. Ariana chce uwolnić się od oczekiwań, ale jednocześnie przez większość życia funkcjonowała w świecie, który te oczekiwania stworzył. Nie da się po prostu nacisnąć przycisku i przestać potrzebować jego światła.
„Warning Signs (Interlude)” właściwie dopowiada tę historię. Grande widzi wszystkie znaki ostrzegawcze i mimo to za każdym razem odbiera telefon. Jeszcze mocniej wybrzmiewa jednak pytanie, czy jej ból w ogóle wydaje jakiś dźwięk. Dla zwykłego człowieka cierpienie pozostaje prywatne. U Ariany Grande zamienia się w muzykę lecącą z radia, samochodu czy przypadkowej taksówki.
Jej ból staje się soundtrackiem cudzego dnia. To chyba jedna z najmocniejszych myśli całego „Petal”.
„Like I Do” zmienia ton. Ariana jest zadziorna, pewna siebie i doskonale świadoma tego, że nawet ludzie deklarujący niechęć nadal ją obserwują. Plotki? Świetnie. Można na nich zarabiać. Krytycy? Nadal stoją pierwsi w kolejce. Nawet nazwisko zostaje wykorzystane do zabawy słowem – mimo prób zachowania małego ego ona wciąż pozostaje Grande.
To Ariana, którą znamy od lat, ale w kontekście całego albumu jej pewność siebie brzmi trochę inaczej. Nie tyle jak przechwałka, ile mechanizm obronny.
„Never Get Over Me” pozostaje w bardziej zmysłowym świecie. Grande tym razem doskonale wie, że zostawi po sobie ślad. Jeśli ktoś pozwoli sobie wejść z nią w tę relację, wcześniejsze związki przestaną mieć znaczenie, a wspomnienie jej pozostanie na długo. Jest lekko, seksownie i bez większych komplikacji – choć na tle bardziej wieloznacznych tekstów „Petal” ten numer wydaje się jednym z mniej istotnych elementów układanki.
„Bad Thing (Bunny Hop)” początkowo również sprawia wrażenie prostego flirtu. Jest niemal nastoletnie zauroczenie i nagłe odkrycie, że ktoś, kto znajdował się blisko, zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Problem w tym, że Grande doskonale przeczuwa, iż to może być fatalny pomysł.
I oczywiście idzie w to dalej.
Muzycznie utwór próbuje przyspieszyć puls albumu i przynosi potrzebną zmianę energii, choć emocjonalnie nie dorównuje najlepszym momentom płyty. Przy dwunastu utworach właśnie tutaj najbardziej czuć, że „Petal” powiedziało już wcześniej podobne rzeczy ciekawiej.
Na koniec zostaje „Nowhere, Nobody”. Po albumie pełnym uciekania, cudzych oczekiwań, ostrzegawczych znaków, toksycznych relacji i zastanawiania się, czy można jeszcze komukolwiek zaufać, Grande robi coś bardzo prostego.
Bierze głęboki oddech.
Nie obiecuje idealnego zakończenia. Właściwie sama przyznaje, że trudno jej w takie zakończenia wierzyć. Nie wie też, co wydarzy się jutro. Wie tylko, że kocha teraz i że właśnie w tym miejscu, przy tej osobie, chce pozostać przynajmniej do rana.
To ładne zamknięcie albumu, choć trochę zbyt uporządkowane. „Petal” przez większość czasu żyje przecież ze sprzeczności i dyskomfortu, dlatego można odnieść wrażenie, że finał próbuje zawiązać kokardkę na czymś, co wcale nie zostało rozwiązane.
I właśnie ta nierozwiązana sprzeczność jest jednocześnie największą siłą i największym problemem „Petal”.
Ariana Grande mówi o gniewie, ale muzycznie rzadko pozwala mu naprawdę wybuchnąć. Pisze o odrzucaniu cudzych projekcji, jednocześnie chowając część własnych emocji za pięknymi harmoniami. Chce pokazać pazury, lecz niemal zawsze są idealnie wypielęgnowane.
Produkcji trudno cokolwiek zarzucić od strony technicznej. Wszystko jest dopracowane, wokale perfekcyjnie poukładane, a głos Grande potrafi przepływać pomiędzy kolejnymi warstwami niemal bez wysiłku. Problem pojawia się wtedy, kiedy ta perfekcja zaczyna działać przeciwko materiałowi.
„Petal” momentami aż prosi się o rysę. O jeden brzydki dźwięk. O wokal pozostawiony bez ochrony. O moment, w którym Ariana naprawdę straci kontrolę. Nie dostajemy go.
Można oczywiście uznać, że właśnie o to chodzi. Grande nie musi przecież krzyczeć, żeby być wściekła. Być może spokojny sposób wypowiadania najbardziej gorzkich zdań jest jej własną formą odzyskiwania kontroli. Problem w tym, że na przestrzeni całych 36 minut ten zabieg zaczyna momentami odbierać poszczególnym utworom charakter.
A przecież kiedy „Petal” pozwala sobie odejść od bezpiecznego środka, robi się naprawdę ciekawie. „Oh Well” świetnie wykorzystuje bardziej eksperymentalną rytmikę, „Freak” i „Warning Signs (Interlude)” tworzą jeden z najmocniejszych fragmentów płyty, „Stay” pokazuje, że czasami wystarczy postawić Arianę i jej głos na pierwszym planie, a tytułowe „Petal” zawiera właściwie manifest całego wydawnictwa.
To nie jest słaba płyta. Wręcz przeciwnie – jest zbyt dobrze napisana, zaśpiewana i wyprodukowana, żeby można było tak o niej powiedzieć. Nie jestem jednak pewien, czy „Petal” jest albumem tak odważnym, jak chciałby być.
Ariana Grande śpiewa tutaj o kobiecie, której przez większość życia mówiono, kim jest, jak wygląda, kogo kocha, co powinna czuć i jak powinna się zachowywać. Kobiecie, która próbuje wreszcie powiedzieć: nie jestem waszą fantazją.
I wierzę jej. Tylko chwilami chciałoby się, żeby zamiast powiedzieć to swoim charakterystycznym, idealnie kontrolowanym szeptem, choć raz naprawdę trzasnęła drzwiami.
Moja ocena: 8/10