Niezbędne
Zapewniają podstawowe działanie strony, bezpieczeństwo oraz zapamiętanie Twojej decyzji dotyczącej zgód.
Jedenaście lat to sporo czasu. Tyle minęło od „The Desired Effect”, poprzedniego solowego albumu Brandona Flowersa. W międzyczasie The Killers wydali kolejne płyty, wrócili na największe sceny świata i po raz kolejny udowodnili, że „Mr. Brightside” najwyraźniej nie zamierza się zestarzeć. Flowers tymczasem zrobił coś zupełnie innego. Zamiast ścigać własną legendę, wrócił tam, gdzie wszystko zaczęło się jeszcze przed The Killers.
Do Nephi w stanie Utah.
To właśnie tam jako nastolatek jeździł samochodem z ojcem, słuchając Johnny'ego Casha i Waylona Jenningsa. Starszy brat podsuwał mu new wave, post-punk i britpop, które później odegrały ogromną rolę w muzyce The Killers, ale country było obecne znacznie wcześniej, niż mogłoby się wydawać komuś znającemu Flowersa przede wszystkim jako człowieka od syntezatorów, stadionowych refrenów i neonów Las Vegas.
Im jest starszy, tym częściej wraca do muzyki ojca.
„THRASHER” jest efektem tego powrotu.
Nie oznacza to jednak, że Flowers nagle postanowił wskoczyć do pociągu z napisem „country”, którym w ostatnich latach podróżuje coraz więcej gwiazd popu. Elementy americany były obecne w jego twórczości od dawna, a szczególnie wyraźnie słychać je było na „Pressure Machine” The Killers. Tym razem poszedł znacznie dalej. Album nagrano w Historic RCA Studio A w Nashville z producentami Shawnem Everettem i Jonathanem Rado, a do studia zaproszono ludzi, dla których ten muzyczny język jest czymś naturalnym – Davida Rawlingsa, Bruce'a Boutona czy 85-letniego Charliego McCoya.
Flowers nie bawi się więc w country.
On wchodzi w nie po uszy.
Już „Does It Ever Cross Your Mind?” pokazuje, że zamierza przy okazji opowiadać historie trochę inaczej niż dotychczas. Punkt wyjścia jest niemal filozoficzny: czy czasami zastanawiamy się nad samym cudem tego, że żyjemy? Że spośród wszystkich możliwych miejsc we wszechświecie dwoje ludzi znalazło się akurat tutaj, w tym samym czasie, a ich drogi się przecięły?
Flowers mógł urodzić się w Bangladeszu. Nie urodził się. Urodził się tutaj. Mógł nigdy nie spotkać osoby, z którą dzieli życie. Spotkał.
Przypadek?
On woli widzieć w tym plan.
To Flowers w bardzo charakterystycznym wydaniu – zdolny połączyć rozważania o Wielkim Wybuchu i konstrukcji wszechświata z dziećmi prowadzonymi przez przejście dla pieszych i... żelkami w koszyku. Czasem brzmi to dziwacznie, ale właśnie te drobiazgi sprawiają, że jego historie mają własny charakter.
„One Of Us” szybko pokazuje natomiast, jak osobisty będzie ten album. Piosenka jest wspomnieniem zmarłego szwagra Flowersa – człowieka, który po prostu stał się częścią rodziny. Nie potrzebował wielkich gestów. Zbudował dom, był obok, odbierał telefon, kiedy ktoś potrzebował pomocy albo ramienia, na którym można było się wypłakać.
Po jego śmierci pozostają dzieci, w których głosach i oczach nadal można go odnaleźć.
To bardzo country'owa metoda opowiadania o stracie. Zamiast wielkiej metafizyki Flowers pokazuje człowieka przez rzeczy, które po sobie zostawił. A refrenowe zapewnienie, że zawsze był „jednym z nas”, z każdym powtórzeniem zaczyna ważyć trochę więcej.
„Tiger's Blood” zabiera nas z kolei bezpośrednio do młodości Flowersa. Country Crossroads, dziewczyna pracująca przy kasie i marząca o wyrwaniu się z prowincji, Ford Ranger, Mortal Kombat, cieknący klimatyzator, jednorazowy Kodak i grupa młodych ludzi przekonanych, że za kilka lat będą już prawdziwymi mężczyznami.
A potem życie rozrzuca ich w różne strony.
Flowers robi tutaj coś, w czym przez lata stawał się coraz lepszy – wykorzystuje drobne, bardzo konkretne obrazy, żeby opowiedzieć o czymś znacznie większym. Wspomnienie młodości nie jest pocztówką z idealnej przeszłości. Jest trochę wyblakłym zdjęciem ludzi, którzy kiedyś byli przekonani, że wiedzą, dokąd zmierzają.
Muzycznie pojawia się przy tym coś dobrze znanego fanom The Killers. Country-rockowa aranżacja rośnie, a Flowers zaczyna śpiewać tak, jakby za chwilę miał przed sobą kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Nashville nie odebrało mu stadionowego instynktu.
W „Plans” wraca pytanie o to, co właściwie stało się z naszymi dawnymi planami. Jako dzieci i nastolatkowie układamy przyszłość, nie mając najmniejszego pojęcia, kim będziemy kilkanaście czy kilkadziesiąt lat później. Flowers patrzy na te marzenia już z perspektywy człowieka, którego życie potoczyło się w sposób trudny do przewidzenia.
Jest w tym również zmęczenie.
Silnik przez lata pracował na pełnych obrotach, zawsze w drodze do kolejnego wielkiego wydarzenia, koncertu, sukcesu. Teraz pojawia się potrzeba opuszczenia szyb, pozwolenia, żeby wiatr uderzył w twarz, i przypomnienia sobie niewinności człowieka, który kiedyś dopiero wymyślał swoje życie.
Jeszcze ciekawiej Flowers bawi się własną biografią w „Paradise”.
Las Vegas przez lata stanowiło ogromną część mitologii The Killers. Światła, kasyna, przepych i obietnica, że za następnymi drzwiami może czekać coś większego. Flowers patrzy na ten świat od zaplecza – oczami człowieka parkującego samochody ludzi, którzy właśnie idą przegrać albo wygrać pieniądze przy stole.
Jest coraz starszy. Nie porusza się już tak szybko. Wie, że któregoś dnia zastąpi go czyjś syn, a Paradise będzie działało dalej dokładnie tak samo. To gorzka ironia tytułu. Raj okazuje się kolejną zmianą w pracy, odliczaniem godzin do końca i pogonią za czymś, co zawsze znajduje się trochę dalej niż nasze marzenia.
Potem przychodzi „Miss America”. I nagle rodzinny album Flowersa przestaje być wygodny. Piosenka przyjmuje formę listu pisanego przez kobietę, która uciekła z dziećmi do rodziców w Utah przed przemocowym partnerem. To historia inspirowana starszą siostrą Flowersa i wydarzeniami, których część sam widział jako dziecko.
Początkowo niemal wszystko wygląda zwyczajnie. Góry, śnieg, rodzice, dzieci, nawet wspomnienie miejsca, w którym kręcono „Footloose”. Kolejne wersy stopniowo odsłaniają jednak przemoc, narkotyki, strach i doświadczenia, które bohaterka nosi w sobie od dzieciństwa.
Najbardziej bolesne pytanie nie dotyczy nawet tego, dlaczego partner ją krzywdzi. Dotyczy tego, dlaczego ona i dzieci nie wystarczyły, żeby przestał.
Flowers nie pisze tego tekstu elegancko. Momentami jest wręcz brutalnie bezpośredni. Ale może właśnie dlatego „Miss America” nie daje słuchaczowi komfortowego dystansu. To nie jest fikcyjna tragiczna bohaterka z westernu. To historia, która wydarzyła się blisko jego własnego domu.
„Angel” próbuje wejść na jeszcze trudniejszy teren i tutaj Flowersowi nie wszystko wychodzi równie dobrze. Bohater jest utalentowanym czarnoskórym baseballistą, który wiąże się z białą dziewczyną. Pojawia się dziecko, służba w marynarce, rozpad rodziny, narkotyki, przemyt i wreszcie ucieczka przed policją.
Problemem nie jest samo opowiedzenie takiej historii. Country od zawsze opowiadało o ludziach podejmujących złe decyzje i ponoszących ich konsekwencje. Problem zaczyna się wtedy, gdy Flowers zestawia kolor skóry bohaterów z sugestią, że pewnych rzeczy nie można prześcignąć, a niektórzy ludzie są do czegoś „zaprogramowani”.
Można odczytać to jako próbę opowiedzenia o dziedziczonych schematach, społecznych uwarunkowaniach i człowieku, który mimo talentu nie zdołał uciec przed własnymi demonami. Tyle że tekst pozostawia zbyt wiele miejsca na znacznie mniej korzystną interpretację. Do tego dochodzi wyjątkowo niezręczne porównanie mieszanej pary do czekoladowo-waniliowego wiru. Flowers chciał prawdopodobnie opowiedzieć skomplikowaną historię. Tym razem zabrakło mu precyzji.
Na szczęście „The Red Ground” sprowadza album z powrotem na jego najważniejszy szlak. Do domu. Człowiek może długo krążyć. Może budować mury wokół serca, zaplątać się w życie oddalone od miejsca, z którego pochodzi, i przekonywać siebie, że właśnie tego chciał. W pewnym momencie pojawia się jednak potrzeba lądowania.
Flowers chce ponownie poczuć pod stopami czerwoną ziemię. Chce poczuć wiatr i zapach roślin. Chce usłyszeć znajomy głos. Chce wrócić.
Muzycznie pomagają mu w tym nagrzane słońcem gitary i mariachi, które poszerzają country'ową paletę „THRASHERA” o brzmienie amerykańskiego Południowego Zachodu. To jeden z tych utworów, przy których album przestaje być wyłącznie opowieścią o przeszłości, a staje się próbą odpowiedzi na pytanie, gdzie Flowers czuje się dzisiaj u siebie.
„In A Heartbeat” wraca do klasycznego storytellingu. Katie i narrator znają się od 1993 roku. Młodość, pierwsza fascynacja, później praca, dzieci i dorosłość. Wszystko wydarzyło się tak, jak powinno. Tylko że miłość pozostawiona sama sobie również może wygasnąć. Pewnego dnia zostają puste szafki i list. Katie znalazła w ramionach kogoś innego coś, czego nie potrafiła już znaleźć w swoim małżeństwie. I właśnie tutaj tytuł nabiera znaczenia. Człowiekowi wydaje się, że buduje życie przez całe dekady, tymczasem wszystko może zmienić się w jednej chwili.
Flowers nie potrzebuje tutaj wielkich metafor. Puste drzwi komody i szafek mówią wystarczająco dużo.
A potem przychodzi „An American Dream”. Jeżeli wcześniejsze dziewięć utworów było przeglądaniem rodzinnego albumu, finał jest momentem, w którym Flowers zasypia z tym albumem na kolanach i zaczyna śnić. I jest to sen kompletnie szalony.
Próbuje zadzwonić do rodziców i dopiero po chwili przypomina sobie, że jego matka nie żyje. Pojawiają się obrazy religii, seksualności, pustyni i amerykańskiej popkultury. Flowers skacze z Boulder Dam do Kolorado, łapie się billboardu pytającego, gdzie zamierza spędzić wieczność, aż w końcu zostaje zabrany z drogi przez Elvisa Presleya. Elvis prowadzi Teslę Model X. Ma na sobie czarny skórzany strój z comeback special z 1968 roku. Flowers pyta go, czy było warto. Elvis się śmieje. Potem sam pyta o Lisę Marie. I płacze.
W kilku absurdalnych obrazach Flowers dochodzi do pytania, które najwyraźniej coraz częściej stawia również sam sobie: czy sukces, sława, pieniądze i wszystkie światła naprawdę były warte ceny, którą trzeba było za nie zapłacić?
Elvis przekazuje mu kluczyki i mówi, żeby postawił na Jezusa. I jadą dalej. Trudno wymyślić bardziej odpowiednie zakończenie albumu Brandona Flowersa. Bo „THRASHER” wcale nie jest przede wszystkim płytą country. Country jest językiem, którego Flowers potrzebował, żeby opowiedzieć tę historię.
To album człowieka w średnim wieku, który zamiast patrzeć na kolejną scenę przed sobą zaczyna oglądać się za siebie. Na ojca. Matkę. Siostry. Szwagra. Przyjaciół. Miasteczko, z którego chciał kiedyś wyjechać. Ludzi, którym nie udało się zrealizować swoich planów. Ludzi, którzy zostali. I tych, których już nie ma.
Nashville okazuje się dla tych historii idealnym miejscem.
Pedal steel Bruce'a Boutona, harmonijka Charliego McCoya, gitary Davida Rawlingsa i cała żywa, chwilami wręcz staroświecka produkcja nie brzmią jak kostium założony przez rockową gwiazdę. Flowers ma tę muzykę w sobie od dzieciństwa i właśnie dlatego nie słychać tutaj artysty desperacko próbującego wpisać się w aktualną popularność country.
Słychać człowieka wracającego do muzyki ojca.
Nie wszystkie historie są równie udane. „Angel” pokazuje, że ambicje Flowersa jako narratora czasami wyprzedzają jego umiejętność znalezienia właściwych słów. „Miss America” również jest tekstem niewygodnym, choć w tym przypadku jego szorstkość znacznie lepiej współgra z osobistym charakterem historii.
Za to kiedy Flowers trafia – jak w „One Of Us”, „Tiger's Blood”, „Paradise” czy „An American Dream” – przypomina, jak bardzo rozwinął się jako autor. Przez lata największą bronią Flowersa był refren. Taki, który można było wykrzyczeć razem z kilkudziesięcioma tysiącami ludzi. Na „THRASHER” coraz częściej największą bronią okazuje się szczegół.
Ford Ranger. Mortal Kombat w rogu sklepu. Stary Kodak. Człowiek parkujący samochody pod kasynem. Śnieg spadający na góry Utah. Czerwona ziemia. Puste szafki. Elvis w Tesli. Z tych drobiazgów Flowers składa własną Amerykę. Nie tę z pocztówki. Pełną ludzi, którzy kochają, umierają, piją, uciekają, pracują, popełniają błędy, wierzą w Boga, tracą wiarę w swoje plany i mimo wszystko następnego dnia ponownie wstają.
„THRASHER” nie brzmi jak początek nowego Brandona Flowersa. Brzmi jak spotkanie z tym, który był tam od samego początku – zanim pojawiły się syntezatory, Las Vegas, The Killers i „Mr. Brightside”. Potrzebował tylko 45 lat, żeby naprawdę pozwolić mu przemówić.
Moja ocena: 7/10