Niezbędne
Zapewniają podstawowe działanie strony, bezpieczeństwo oraz zapamiętanie Twojej decyzji dotyczącej zgód.

Antek Sojka, Marcin Sojka - synowie Stanisława Soyki oraz Andrzej Tyszko - znakomity fotograf i przyjaciel obu Artystów o odnalezionych nagraniach z 1988 roku, spotkaniu dwóch wielkich improwizatorów i fotografiach, które dopowiedziały ich historii.
Przez blisko cztery dekady taśmy z dwóch sesji Stanisława Soyki i Tomasza Stańki spoczywały w archiwach Polskiego Radia. Nie wiedzieli o nich nawet synowie Soyki ani Andrzej Tyszko, przyjaciel obu artystów i autor ich portretów. Dziś nagrania wracają jako zapis jednorazowego spotkania: bez piosenek, bez gotowego scenariusza, bez pasów bezpieczeństwa. Jest fortepian, trąbka, głos i dwóch muzyków, którzy zaczynają grać, słuchają siebie nawzajem i idą w nieznane.
Kiedy po raz pierwszy dowiedzieliście się, że takie nagrania w ogóle istnieją?
Antek Sojka: Dopiero po odejściu taty. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek o tej sesji wspominał, ale też nie było tak, że podczas rodzinnych spotkań wypytywaliśmy go o dawne nagrania. Rozmawialiśmy o zwyczajnych, synowsko-ojcowskich sprawach. Pewnie podświadomie zakładaliśmy, że gdyby istniał tak wyjątkowy materiał, zostałby już wydany. Tymczasem okazało się, że tata i Tomasz Stańko zachowali dla nas niespodziankę na później.
Marcin Sojka: To był chyba naprawdę dobrze strzeżony sekret. Andrzej robił im wtedy zdjęcia, znał obu, a też nic nie wiedział. Gdybyśmy zdążyli tatę zapytać, może opowiedziałby o tej sesji. Nie zapytaliśmy, więc dziś mamy niespodziankę - smutną w swoim kontekście, ale niezwykłą.
Andrzej Tyszko: Ja usłyszałem o nagraniach mniej więcej półtora miesiąca przed wydaniem, kiedy odezwał się do mnie Adam Domagała. Adam z kolei dowiedział się o istnieniu tych nagrań od Tadeusza Sudnika który te nagrania wtedy realizował.Pomyślałem wtedy, że gdyby Staszek i Tomek żyli, być może wcale nie chcieliby dziś o tej płycie rozmawiać. Mogliby nie pamiętać szczegółów albo uznać ją za jedną z wielu rzeczy, które zrobili. Dopiero ich nieobecność nadała temu materiałowi dodatkową wagę.
Mamy dwie sesje z 1988 roku. To był spontaniczny eksperyment czy początek płyty, której wtedy nie udało się wydać?
Antek Sojka: Możemy się tylko domyślać. Na pewno chcieli zarejestrować muzykę improwizowaną w takiej właśnie formule. Improwizacja daje zupełnie inny rodzaj przyjemności niż wykonywanie rzeczy przygotowanej wcześniej. Sama w sobie może być doświadczeniem oczyszczającym. Myślę, że gdzieś z tyłu głowy mogli mieć myśl: może kiedyś to wydamy. Niedawno mama znalazła nawet starą przymiarkę do okładki z napisem „Sojka - Stańko”. To znaczy, że pomysł płyty naprawdę istniał.
Marcin Sojka: Ważne jest też to, że nie spotkali się tylko raz na kilka godzin. Po pierwszej sesji wrócili do studia i nagrali drugą część. Musieli czuć, że w tym spotkaniu jest wartość i że dobrze im się razem gra. Dlaczego album wtedy nie wyszedł? Obaj byli w rozpędzie, mieli własne plany i być może uznali ten materiał za propozycję bardziej niszową, z którą nie trzeba się spieszyć. Potrafię sobie wyobrazić, że gdyby dziś do niego wrócili, powiedzieliby: dobra, nagrajmy jeszcze jedną płytę, trzydzieści kilka lat później.
Co właściwie słychać na tej płycie?
Antek Sojka: Spotkanie dwóch ludzi, którzy zaczynają grać i grają aż do końca. Nie ma utworów rozpisanych na kolejne podejścia, nie ma poprawiania, nie ma autotune'a ani innych zabezpieczeń. Jest żywa muzyka i wzajemne słuchanie. W tamtych czasach wolne godziny w dobrym studiu były czymś cennym. Muzycy często dostawali dwie godziny, żeby zarejestrować konkretny materiał. A oni mogli wejść i pograć free. Musieli się czuć trochę jak dzieci wpuszczone do piaskownicy.
Marcin Sojka: Stańko był w takiej sytuacji jak ryba w wodzie: genialny improwizator, na swoim głównym instrumencie. Tata na fortepianie miał ogromną swobodę, świetny drive i time, ale nie był pianistą w takim sensie jak zawodowy pianista jazzowy. Jego najważniejszym instrumentem był głos. Dlatego wejście do studia ze Stańką i granie bez trzymanki musiało być dla niego także wyjściem ze strefy komfortu. Podziwiam, że miał w sobie taką odwagę.
Andrzej Tyszko: Tomkowi dużą przyjemność sprawiało granie i odnajdywanie się w nowych sytuacjach muzycznych. Był w tym geniuszem. Zapewne z przyjemnością przyjął propozycję Staszka, bo go lubił, szanował jego twórczość i wiedział, że dostanie coś wartościowego, co będzie mógł ciekawie dopełnić. W improwizacji jeden napędza drugiego - i dokładnie to tutaj słychać.
Czy nagranie brzmi dziś jak dokument lat osiemdziesiątych?
Marcin Sojka: Trochę słyszę w nim 1988 rok, choć może pomagają mi fotografie Andrzeja. Patrzę na nich, widzę, jak wtedy wyglądali, jaki mieli styl. Ale muzycznie ta płyta wcale nie brzmi jak muzealny eksponat.
Antek Sojka: Ja nie potrafiłbym rozpoznać po samym brzmieniu, że to nagranie z lat osiemdziesiątych. Na pewno słychać dobre studio i dobrą rejestrację. Przede wszystkim jednak słychać osobowości. Sound trąbki Tomasza Stańki jest natychmiast rozpoznawalny. Tak samo charakterystyczny jest sposób, w jaki tata gra na fortepianie: ogromna dynamika, od forte i fortissimo do zupełnego piano, żywiołowość, napięcie. Choć to nietypowa odsłona taty, jest w niej coś, co można odnaleźć na jego innych płytach.
Andrzej Tyszko: Trąbkę Tomka rozpoznałbym wśród tysiąca innych. Kiedy słucham tej płyty, on po prostu wraca. Widzę, jak gra, jak się porusza, jak układa się do instrumentu. Muzyka pokonuje czas, bo ci dwaj są w niej obecni bardzo konkretnie.
To muzyka wymagająca: dwa instrumenty, wokalizy, pełna improwizacja, żadnej klasycznej piosenki. Jak jej słuchać?
Andrzej Tyszko: Na początku może się wydawać trudna, niszowa. Ale im lepiej się ją zna, tym staje się piękniejsza. Nie tylko dobra - piękna. Kiedy dostałem nagrania, słuchałem ich przez tydzień bez przerwy. Potem zrobiłem pauzę, a teraz znowu wożę płytę w samochodzie i puszczam ją na okrągło. Z każdym odsłuchem coraz głębiej wchodzi się w ten świat.
Antek Sojka: Studiowałem reżyserię dźwięku i mieliśmy nawet zajęcia ze słuchania muzyki. Brzmi zabawnie, ale dziś naprawdę rzadko siadamy tylko po to, żeby posłuchać całej płyty. Ten album daje do tego świetną okazję. Najpierw słuchałem materiału jeszcze przed tłoczeniem, potem test pressu, później winyla. Za każdym razem było to obcowanie z żywą muzyką, w której słychać dwie osoby naprawdę ze sobą rozmawiające.
Marcin Sojka: Całość jest ciekawa, ale co chwilę zdarzają się w niej mikrochwile - czasem dwie, trzy sekundy - które są małymi perełkami. One działają właśnie dlatego, że wyrastają z całego procesu i z kontekstu. Nie da się ich wyjąć i podać jak refrenu. Trzeba przejść tę drogę razem z muzykami.
W tej improwizacji można usłyszeć zapowiedzi późniejszych utworów i charakterystycznych gestów obu artystów?
Antek Sojka: Tak. Pojawiają się motywy, które później wyewoluowały w konkretne rzeczy. Tutaj są jeszcze szkicami, melodiami krążącymi gdzieś wewnątrz. Tata mawiał czasem, że wszystko stapia się ze sobą i w siebie przecieka. W twórczości płodnego artysty widać to szczególnie wyraźnie: nic nie powstaje w całkowitej próżni.
Andrzej Tyszko: Każdy artysta ma pewne rzeczy zapisane tak głęboko, że one co jakiś czas same się ujawniają. Nie zaskoczyło mnie, kiedy w tej muzyce usłyszałem kilka taktów czy nut znanych z wcześniejszych albo późniejszych dokonań. To część ich muzycznego języka.
Stanisław Soyka bywa dziś pamiętany przede wszystkim jako autor piosenek. Ta płyta przypomina jego jazzowy początek.
Marcin Sojka: I pokazuje napięcie, które było w nim bardzo ciekawe. Jedną nogą wychodził z jazzu, więc improwizacja nie była mu obca i nie bał się nieznanego. Drugą nogą był już w świecie piosenki: szukał mocnej melodii, akordu, słowa. Po drugiej stronie stał Stańko, całkowicie zanurzony w jazzie i improwizacji. To nie były przeciwieństwa, raczej dwa światy, które na chwilę połączyły się w jednym studiu.
Antek Sojka: Rok 1988 był dla taty szczególny. Miał już pozycję wokalisty jazzowego i kontrakt z RCA, ale wciąż szukał własnego języka. Coraz mocniej czuł, że chce śpiewać i pisać po polsku. Za chwilę miały przyjść jego wielkie piosenki, ale jeszcze ich nie było. Do tego był młodym ojcem, miał rodzinę, a w powietrzu czuło się nadchodzącą zmianę polityczną. Ta płyta łapie go dokładnie na zakręcie.
Jak wyglądała wówczas relacja Soyki i Stańki?
Marcin Sojka: Wiem, że tata bardzo Tomasza szanował. Ich drogi zawodowe trochę się rozeszły, bo Stańko pozostał przy jazzie, a tata poszedł w stronę piosenki. Ale byli na swoich mapach. Spotykali się artystycznie: grali razem choćby na koncercie z udziałem Nicka Cave'a, a trąbkę Stańki słychać też w „Polskich pieśniach wielkopostnych”. Nie grali wspólnie często, ale przyjaźnili się i bardzo cenili się nawzajem.
Antek Sojka: Tomasz był od taty sporo starszy. Najpierw pewnie był dla niego ważnym starszym kolegą po fachu, wielką, charyzmatyczną postacią. Z czasem wykształciła się między nimi przyjaźń. Widziałem ich spotkania i było jasne, że mają za sobą wspólne doświadczenia i własny język.
Andrzej Tyszko: Ze Staszkiem znaliśmy się od 1982 roku i bardzo się lubiliśmy. Z Tomkiem często do niego wpadaliśmy. Staszek był niezwykle gościnny, ciepły, serdeczny i otwarty. Tomek z początku stwarzał większy dystans, raczej był samotnikiem. Ale kiedy kogoś zaakceptował, bariera znikała całkowicie. Wtedy pojawiało się też jego kapitalne poczucie humoru.
Andrzeju, kim dla ciebie był Tomasz Stańko? Bo chyba kimś więcej niż bohaterem zdjęć?
Andrzej Tyszko: Tomasz był dla mnie jak starszy brat. Poznaliśmy się w 1982 roku, kiedy zacząłem fotografować muzyków. Tomek był jednym z pierwszych muzyków których fotografowałem. Od razu znaleźliśmy wspólny język. Mieliśmy taki sam światopogląd, podobny sposób myślenia i pracy. On improwizował w muzyce, ja improwizuję w fotografii. Przez wiele lat rozmawialiśmy niemal codziennie, czasem godzinę albo dłużej. Zawszą mieliśmy wiele spraw do omówienia. Wiedzieliśmy o sobie właściwie wszystko. To była przyjaźń mojego życia i ogromne wyróżnienie.
Marcin Sojka: Ja też dostałem szansę poznać go trochę bliżej. Około 2017 roku pojechałem jako jego asystent w dużą europejską trasę. Stańko był po operacji kręgosłupa i nie mógł dźwigać. Spędziliśmy razem około dwudziestu dni, między innymi na festiwalach we Włoszech, w Molde i na North Sea Jazz. Traktuję ten czas jako zaszczyt. Pewnie łatwiej było mu mi zaufać, bo znał tatę.

Zdjęcia dołączone do albumu nie powstały podczas tych nagrań. Jak udało się dobrać fotografie, które tak dobrze z nimi korespondują?
Andrzej Tyszko: Najpierw poproszono mnie o zdjęcia obu artystów z tamtego okresu które będą dołączone do tej płyty jako osobne dzieła, tak by można było je oprawić i powiesić na ścianie. Początkowo wybrałem inne kadry, ale kiedy tydzień później dostałem muzykę usłyszałem klimat i moc tej muzyki i wtedy zmieniłem koncepcję. Potrzebowałem fotografii, na których nie patrzą w obiektyw i nie pozują, tylko są jakby w sobie. Portrety z zamkniętymi oczami bardzo mi do tego projektu przypasowały Te dwa takie zdjęcia, pochodzące z osobnych sesji, nagle zaczęły zesobą rozmawiać. Oddają nastrój i energię płyty.
Jestem bardzo wdzięczny Adamowi Domagale za ten pomysł. O ile wiem to jest to jedyna płyta zawierająca taki dodatek w postaci osobnych, pięknie wydrukowanych fotografii.
Antek Sojka: Te zdjęcia pomagają zobaczyć ich dokładnie z tamtego czasu. Możemy usłyszeć stan ich muzykalności i ducha z 1988 roku, a zarazem zobaczyć ich ówczesne twarze. Obaj są zamknięci w sobie, ale przez muzykę pozostają w porozumieniu. Fotografie świetnie domykają tę historię.

Jak pracowało się z nimi przed aparatem?
Andrzej Tyszko: Obaj byli bardzo plastyczni, świetnie współpracowali i mieli do mnie zaufanie. To nie były czasy stylistów i makijażystów. Przychodzili przygotowani, zaczynaliśmy pracę, ale sesja nie była sztywnym obowiązkiem. Trwała kilka godzin, rozmawialiśmy, robiliśmy przerwy. Cały czas rzucałem pomysły i sugestie, a oni doskonale rozumieli, czego szukam. Najbardziej zależało mi na wyrazie i szczerości, nie na uśmiechu czy przypodobaniu się odbiorcy. Chciałem pokazać człowieka, który samą postawą ma coś do powiedzenia.
Czy ta płyta zmienia obraz Stanisława Soyki?
Antek Sojka: Raczej go dopełnia. Tata był niezwykle wszechstronny, ale ta wszechstronność nie brała się z chodzenia na skróty. Przeszedł rzetelną edukację, od klasyki i Bacha po studia, jazz i piosenkę. Interesował go świat, poezja, język. Sam mówił o sobie, że jest bardem, pieśniarzem, sługą poetów. Świetnie posługiwał się polszczyzną. Kiedy czytam jego dawne listy do mamy, brzmią czasem jak fragment dobrej książki. Ta improwizowana płyta pokazuje kolejne źródło, z którego później czerpał.
Marcin Sojka: W jego dorobku są piosenki, poezja, Szekspir, Miłosz, big-band, kwartet, gitara, muzyka religijna. Te rzeczy nie przeczą sobie. Na tej płycie słychać człowieka, który jeszcze przed wielkimi przebojami ma już własny rytm, charakter i odwagę, ale nadal szuka.
Przez lata obaj pracowaliście z ojcem. Co zostało wam z tego wspólnego grania?
Antek Sojka: Pracowałem z tatą około czternastu, piętnastu lat. Zaczynałem po liceum od najniższych szczebli, trochę jak w dużej firmie. Byłem road managerem, potem zostałem jego realizatorem dźwięku, a w pewnym momencie także muzykiem. Zrobiłem z nim grubo ponad tysiąc koncertów: solowych, w trio, kwartecie, z większym zespołem. Traktuję ten repertuar trochę jak część własnego życia. Muzykę mam po tacie w najbardziej podstawowym sensie. Czasem podczas moich koncertów ludzie słyszą w głosie albo widzą w grymasie nagle jego cząstkę.
Marcin Sojka: Jestem perkusistą i myślę, że dostałem po nim poczucie czasu. Tata miał świetny time niezależnie od tego, czy śpiewał, grał na fortepianie, czy na skrzypcach. To jedna z rzeczy, które najmocniej w nim słyszę i które sam próbuję rozwijać. Ale najważniejsze jest chyba to, żeby nie kopiować jego głosu, tylko - zgodnie z tym, czego uczył swoim życiem - rozwijać własny.
Jak dziś słucha się odnalezionego głosu i gry kogoś tak bliskiego?
Marcin Sojka: To nadal jest świeże. Czasem przed oczami staje tata niewyspany, dopiero obudzony, innym razem roześmiany. Cała paleta zwykłych obrazów, nie tylko artysta na scenie. Kilka dni przed jego odejściem rozmawialiśmy o muzyce. Powiedziałem mu, że na nowo zakochałem się w płycie „Acoustic”, szczególnie w „One Hundred Years”, kompozycji Komedy, którą tata przepięknie przearanżował. On z kolei mówił, że znów fascynuje go „In a Silent Way” Milesa Davisa. Tak wyglądała jedna z naszych ostatnich rozmów: po prostu gadaliśmy o muzyczce.
Antek Sojka: Jest smutek, ale mam też wiarę, która pozwala mi przyjąć, że tak wygląda kolej rzeczy i że jeszcze się spotkamy. Ta płyta nie zastępuje człowieka. Daje jednak możliwość ponownego zetknięcia się z jego obecnością i z czymś, czego wcześniej o nim nie wiedzieliśmy.
Andrzej Tyszko: Zdjęcia i muzyka uruchamiają wspomnienia, ale też mocniej pokazują pustkę. Nic nie zastąpi codziennych rozmów z Tomkiem ani spotkań ze Staszkiem. Obaj odeszli za wcześnie i obaj mieli jeszcze wiele do zrobienia. Została jednak ogromna ilość muzyki, fotografie i teraz także ten nieoczekiwany album.
Czy w archiwach mogą czekać kolejne takie odkrycia?
Antek Sojka: Na pewno istnieje bardzo dużo nagrań koncertowych, prób i różnych zapisów rozsianych po archiwach. Dawniej zdarzało się, że tata przyjeżdżał do jakiegoś miasta, wpadał do studia i coś nagrywał. Czas pokaże, co jeszcze się znajdzie. Nie chcemy jednak robić z poszukiwania najgłębiej schowanych taśm celu samego w sobie.
Marcin Sojka: Chcemy zadbać o miejsce taty w historii, ale równocześnie żyć własnym życiem i tworzyć własną muzykę. Najlepszym sposobem kontynuowania jego ducha nie jest naśladowanie go, tylko rozwijanie swojego głosu.
Andrzej Tyszko: W przypadku Tomka też zapewne jeszcze coś istnieje. Nagrywał dla wielu wydawców, między innymi dla ECM-u, a sesje zwykle były dłuższe niż materiał, który trafiał na płytę. Ale nawet gdyby nie pojawiło się już nic nowego, zostawił około czterdziestu albumów. Jest do czego wracać. Ta płyta przypomina nam jeszcze jedną ważną rzecz: czasem muzyka musi długo poczekać, zanim usłyszymy ją naprawdę.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Paweł Trześniowski