Radek Łukasiewicz: 20 lat później. Dlaczego pustki wracają z albumem "do mi no"?

Radek Łukasiewicz: 20 lat później. Dlaczego pustki wracają z albumem do mi no?
 fot. mat. prasowe Inf. prasowa

Wszystko zaczęło się od Pustek. To właśnie w tym zespole Radek Łukasiewicz uczył się pisać piosenki, szukał własnego brzmienia i odkrywał, że muzykę można robić nie tylko w piątek wieczorem, ale także w poniedziałek rano - jak każdy inny zawód. Później były kolejne zespoły i projekty: Bisz/Radex, Polskie Znaki oraz Matylda/Łukasiewicz, a także wielkie przeboje pisane dla innych artystów, między innymi Artura Rojka, Brodki i Piotra Zioły. Łukasiewicz został cenionym autorem tekstów, kompozytorem muzyki teatralnej i filmowej, producentem oraz realizatorem dźwięku. Dziś wraca jednak do miejsca, od którego wszystko się zaczęło. Po dwudziestu latach przywraca album "Do mi no" - przełomową płytę Pustek, która otworzyła zespołowi drogę na największe festiwale i do szerokiej publiczności. 

Mija 20 lat od premiery "Do mi no". Co sprawiło, że właśnie teraz postanowiliście wrócić do tej płyty?

Okrągła rocznica była bardzo dobrym pretekstem, ale nie jedynym. Rzeczywistość ułożyła się tak, że tej płyty od dawna właściwie nie było. Pierwsze nakłady sprzedały się w ciągu kilku lat, później album nie był już wznawiany. Nigdy nie trafił też do serwisów streamingowych.

W dzisiejszych czasach nie dało się więc legalnie posłuchać "Do mi no", chyba że ktoś zachował płytę kupioną dwadzieścia lat temu. Pomyślałem, że szkoda, aby tak ważny dla nas album po prostu zniknął. Tym bardziej że ludzie przez lata pytali, gdzie można go znaleźć. Dwudziestolecie było idealnym momentem, żeby go przywrócić.

Zanim jednak przejdziemy do samego albumu, cofnijmy się do początku. Jak rodziły się Pustki?

Założyliśmy Pustki z Jankiem Piętką tuż po liceum, zaraz po mojej maturze. To był mój pierwszy prawdziwy zespół. Nie mieliśmy żadnego biznesplanu, strategii ani wizji kariery. Chcieliśmy po prostu tworzyć własną muzykę. Zaraz po tym dołączył do nas Grzesiek Śluz.

Byliśmy bardzo młodzi, mieszkaliśmy z rodzicami. Nie trzeba było jeszcze myśleć o czynszu, kredycie czy o tym, z czego zapełnić lodówkę, bo w lodówce zawsze coś było. Mogliśmy sobie wyobrażać, że będziemy wiecznymi, szlachetnymi amatorami. Muzyka nie miała być zawodem. Miała być przestrzenią wolności.

Na początku nie było z tego żadnych pieniędzy. Przeciwnie, trzeba było dokładać, kupować instrumenty, opłacać próby i nagrania. Ja mogłem to robić, bo pracowałem w szkole. Jestem lingwistą, uczyłem angielskiego i francuskiego. Później pracowałem także jako redaktor. Przez długi czas łączyłem więc normalną pracę z zespołem.

Jak wyglądało nagrywanie pierwszej płyty?

Pierwsza płyta była w dużej mierze zapisem naszej młodzieńczej energii. Działaliśmy intuicyjnie i spontanicznie. Nie zastanawialiśmy się, czy wszystko jest idealnie zagrane, czy nadaje się do radia ani do jakiej grupy słuchaczy chcemy trafić. Po prostu mieliśmy potrzebę wykrzyczenia, wyśpiewania i zagrania własnych emocji.

Pustki od początku były zespołem demokratycznym. Każdy mógł przynieść coś na próbę. Jeżeli perkusista miał rytm, na którym bardzo mu zależało, próbowaliśmy znaleźć dla niego miejsce albo budowaliśmy wokół niego całą piosenkę. Inspirowała nas energia grupy.

Gdyby ktoś wtedy zapytał, kim jest nasz docelowy odbiorca, rozłożylibyśmy ręce. Wiedzieliśmy, jakie zespoły nam się podobają i do czego chcielibyśmy się zbliżyć, ale nie myśleliśmy jeszcze o świadomym komunikowaniu się z konkretną publicznością.

Co zmieniło się przy drugiej płycie?

Przy drugiej płycie dotarło do nas, że sam pomysł nie wystarczy. Że jeżeli chcemy uzyskać określone brzmienie i nagrać coś naprawdę dobrego, musimy nad tym pracować. Pierwsze wybory nie zawsze są najlepsze. Nie wystarczy wejść do studia i zarejestrować tego, co akurat przyszło nam do głowy.

Zaczęliśmy bardziej świadomie podchodzić do prób, aranżacji i wykonywania piosenek. Zobaczyliśmy, że czas włożony w pracę przynosi konkretny efekt. Druga płyta była więc dla nas ważnym etapem nauki. Wciąż byliśmy zespołem alternatywnym, działającym trochę na uboczu, ale zaczynaliśmy rozumieć, że spontaniczność nie musi oznaczać przypadkowości.

Mieliśmy wiernych słuchaczy i byliśmy doceniani przez krytyków, ale na koncerty przychodziła raczej setka osób niż trzysta czy czterysta. To nadal był świat, w którym do muzyki najczęściej się dokładało, zamiast z niej żyć.

A potem przyszło "Do mi no", które okazało się przełomem.

Tak. To była nasza trzecia płyta i początek zupełnie nowego etapu. Po raz pierwszy pracowaliśmy w tak profesjonalnych warunkach. Studio S4 Polskiego Radia otworzyło przed nami swoje drzwi. Nagrania realizował Jarek Regulski, a miksował Adam Toczko. Wcześniejsze płyty robiliśmy taniej, w bardziej garażowych i alternatywnych warunkach. Tutaj nagle znaleźliśmy się w dużym studiu ze świetnymi realizatorami.

To było dla nas wszystkich nowe otwarcie. Mieliśmy już doświadczenie z dwóch wcześniejszych albumów, ale zachowaliśmy energię młodego zespołu. Dzisiaj myślę, że "Do mi no" było opus magnum tamtego pięcioosobowego składu, w którym byli Janek Piętka, Filip Zawada, Basia Wrońska, Grzesiek Śluz i ja. 

Po premierze zaczęły się festiwale, większe koncerty i zainteresowanie mediów. Zostaliśmy zaproszeni na Open'era. Przypominam, że festiwal miał wtedy tylko dwie sceny. Graliśmy w namiocie, a na dużej scenie występował The Streets. Padał deszcz, więc sporo osób, które nie były przekonane do Mike'a Skinnera albo po prostu chciały schować się przed ulewą, przybiegło do nas. Namiot wypełnił się po brzegi. To był nasz największy koncert w tamtym czasie.

Później pojawiły się kolejne festiwale, Off Festival, rockowy festiwal w Węgorzewie, i regularne koncerty klubowe w całej Polsce. Jeździliśmy busem, większość czasu spędzaliśmy w trasie i na zapleczach. Właśnie ten świat można dziś zobaczyć w teledysku do „Ty w gorę ja w dół”, złożonym z archiwalnych materiałów.

Wtedy po raz pierwszy poczułeś, że muzyka może stać się zawodem?

To był moment, w którym trzeba było podjąć decyzję. Mogliśmy dalej spotykać się na próbach w piątki wieczorem i w soboty, trochę jako ekipa, która wspólnie gra. Albo mogliśmy zrobić próbę w poniedziałek o dziesiątej rano, potraktować to jako priorytet.

Zrozumiałem, że jeśli naprawdę chcę nauczyć się pisać piosenki i robić to dobrze, muszę zajmować się tym wtedy, kiedy się pracuje, czyli od rana. Nie tylko wieczorami, po normalnej pracy, kiedy zostanie trochę czasu i energii.
Oczywiście nie każdy mógł albo chciał od razu dokonać takiego wyboru. Ja jeszcze przez jakiś czas pracowałem. Miałem szczęście, bo moja praca redaktorska pozwalała mi brać wolne, kiedy wyjeżdżaliśmy w trasę. Z muzyki zacząłem żyć dopiero później, po albumie "Koniec kryzysu". Ale "Do mi no" pokazało nam, że taka droga w ogóle jest możliwa.

To nie jest zwykłe wznowienie. Płyta po raz pierwszy ukazuje się także na winylu.

Tak. Bardzo zależało nam, żeby "Do mi no" dostało nowe życie również w tej formie. Winyl jest numerowany, a nakład ograniczony. Na razie nie planujemy dodruku, więc każdy egzemplarz będzie trochę wyjątkowym przedmiotem.

Zadbaliśmy też o sposób jego produkcji. Mniej więcej jedna trzecia wykorzystanego materiału pochodzi z odzysku, z resztek winylowych, które inaczej zostałyby wyrzucone. Nie wpływa to negatywnie na dźwięk, a pozwala trochę ograniczyć szkodliwy wpływ produkcji na środowisko.

Zacząłem stosować takie rozwiązania przy płytach wydawanych przez moją wytwórnię Adult Contemporary, między innymi przy Polskich Znakach i zespole Matylda/Łukasiewicz. Cieszę się, że tłocznia zgodziła się przygotować w ten sposób również "Do mi no".

Czy słuchacze usłyszą tę płytę inaczej niż dwadzieścia lat temu?

Trochę tak, ponieważ współczesne media wymagają innego masteringu. Inaczej przygotowuje się muzykę do streamingu, inaczej do płyty CD, a jeszcze inaczej do wydania winylowego. Nie przemiksowaliśmy jednak materiału i niczego radykalnie nie zmienialiśmy. To nie jest poprawiona ani unowocześniona wersja "Do mi no". Chodziło o dostosowanie oryginalnych nagrań do nowych nośników, a nie o przepisywanie historii. To nadal te same piosenki. Po prostu brzmią najlepiej, jak mogą brzmieć we współczesnych warunkach.

Pierwszym singlem został utwór "Ty w górę, ja w dół". Dlaczego właśnie on?

Ta piosenka już dwadzieścia lat temu znalazła się na krótkiej liście potencjalnych singli, ale ostatecznie nim nie została. Uznaliśmy więc, że reedycja jest idealną okazją, żeby dać jej drugą szansę.

Powstał do niej teledysk z naszych archiwalnych nagrań. Można zobaczyć, jak wyglądało życie zespołu w tamtych czasach: podróże busem, koncerty, garderoby, czekanie na występ i funkcjonowanie głównie na zapleczu. Dla nas jest to sentymentalna podróż. Dla kogoś, kto wtedy nie śledził Pustek albo był za młody, może to być spojrzenie na świat muzyczny, którego już właściwie nie ma.

Jaki to był świat?

Muzyka gitarowa była wtedy dużo bardziej obecna. Trafiały do szerszej publiczności rzeczy mniej gładkie, bardziej zadziorne i niekoniecznie spełniające wszystkie komercyjne normy. Alternatywne zespoły mogły pojawiać się na dużych festiwalach i docierać do radia bez konieczności wygładzania każdego dźwięku.

Dzisiaj współczesny zespół prawdopodobnie nagrałby "Ty w górę, ja w dół" dużo równiej, dokładniej wszystko wyedytował i wypolerował w komputerze. Ta piosenka być może nie spełnia niektórych dzisiejszych norm. Ale właśnie dzięki temu zachowała oryginalność i energię tamtych czasów.

Kiedy wracasz dzisiaj do "Do mi no", masz poczucie, że ta płyta się nie zestarzała?

Nie chciałbym wystawiać naszej muzyce pomnika, ale myślę, że dobre rzeczy po prostu lepiej przechodzą próbę czasu. Złe starzeją się niezależnie od tego, czy są alternatywą, rockiem czy popem. Przez kilka miesięcy przygotowywaliśmy reedycję, więc bardzo intensywnie wróciłem do tych nagrań. Jestem z nich naprawdę dumny. Z tekstów, z brzmienia i z tego, jak wtedy graliśmy. Słychać pięć osób, które reagują na siebie i tworzą wspólną energię.

Nie wszystko jest wygładzone i perfekcyjnie ustawione. Ale właśnie ta naturalność sprawia, że album nadal żyje. Nie brzmi jak muzealny eksponat. Jest dokumentem zespołu w bardzo konkretnym momencie, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co wydarzy się za chwilę, ale byliśmy już gotowi, żeby ruszyć dalej.

"Do mi no" otworzyło przed Pustkami najlepszy okres?

Tak, ale było dopiero początkiem tego okresu. Później przyszły "Koniec kryzysu", "Kalambury" i "Safari". Przez kolejne lata mieliśmy naprawdę dobry czas. Graliśmy dużo koncertów, nasze piosenki trafiały do radia, pojawialiśmy się na festiwalach.

"Do mi no" było jednak momentem, w którym grupa wiernych słuchaczy zaczęła zmieniać się w większą publiczność. Nagle zorientowaliśmy się, że ludzie w innych miastach znają te piosenki i czekają na koncert. Dla młodego zespołu jest to niezwykłe doświadczenie.

Wielu fanów do dziś pyta, dlaczego Pustki właściwie się skończyły.

Pustki ewoluowały i składy się zmieniały. Jeśli chodzi, o kwintet, który nagrał Do Mi No - po prostu życie napisało inny scenariusz. W pewnym momencie każdy z nas musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce dalej zawodowo zajmować się muzyką, czy wybrać inną drogę. Trzy osoby z tego składu, dziś już nie grają, nie zajmują się muzyką. Mają inne zawody, obowiązki i role życiowe. Między nami nie ma kosy. Wspólnie przygotowaliśmy reedycję. Jest dużo sentymentu, dobrych wspomnień i dumy z tego, co razem zrobiliśmy.

Czy w takim razie pojawiła się pokusa, żeby z okazji reedycji ponownie wejść na scenę?

Oczywiście pojawiają się takie pytania i rozumiem, dlaczego słuchacze mają nadzieję na koncert, ale powrót tamtego składu nie jest możliwy, z powodów, o których powiedziałem wcześniej. Trudno po wielu latach wrócić na scenę osobom, które już nie zajmują się muzyką. To wymagałoby sporo prób i pracy, a każdy ma swoje życie. Można więc powiedzieć, że ten mecz nie odbędzie się z przyczyn technicznych. Pojawią się natomiast specjalne wydarzenia związane z reedycją, choć nie będą to klasyczne koncerty Pustek.

Czyli reedycja jest bardziej zamknięciem pewnego rozdziału niż zapowiedzią wielkiego powrotu?

Nie nazwałbym tego zamknięciem. Raczej przywróceniem ważnego rozdziału, który przez lata był niedostępny. Ta muzyka istniała, ale nie można jej było kupić ani znaleźć w streamingu. Teraz wraca do obiegu. Bardzo się cieszę, że nowe pokolenie będzie mogło odkryć "Do mi no", a ludzie, którzy znają tę płytę od dwudziestu lat, będą mogli do niej wrócić w telefonie, bo nie mają już odtwarzacza cd. Może przypomną sobie koncerty, podróże i własne życie z tamtego czasu.

Dla mnie jest to również spotkanie z młodszą wersją siebie. Z chłopakiem, który pracował w szkole, za pensję kupował instrumenty i jeszcze nie wiedział, że za kilka lat będzie utrzymywał się z pisania piosenek. Patrzę na niego z sympatią. Może nie wszystko wiedział i popełnił kilka błędów, ale wybrał drogę, z którą jest szczęśliwy.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Paweł Trześniowski

author

Paweł Trześniowski

 20.07.2026   Inf. prasowa   fot. mat. prasowe

QMPLE prezentują singiel „Za późno” z udziałem czołowych przedstawicieli polskiego rapu

Acapulco wspomina wydarzenia z Jarocina 1994 w nowym singlu „Dlaczego”