Niezbędne
Zapewniają podstawowe działanie strony, bezpieczeństwo oraz zapamiętanie Twojej decyzji dotyczącej zgód.

Zniknęła na siedem lat. Nie dlatego, że zabrakło jej pomysłów czy muzycznych ambicji. Marika po prostu wybrała inne życie - została mamą i na jakiś czas zamieniła scenę na codzienność z dala od show-biznesu. Dziś wraca z nowymi piosenkami i zupełnie innym spojrzeniem na miłość i relacje. W „Okruchach złota”, nagranych z Pawłem Domagałą, śpiewa o uczuciu, które daje siłę i poczucie bezpieczeństwa. W „To nie ty” pokazuje jego ciemniejszą stronę - relację, w której jedna osoba daje z siebie wszystko, a druga pozostaje emocjonalnie nieobecna. W rozmowie naszej rozmowie opowiada o siedmiu latach poza muzycznym wyścigiem, macierzyństwie, małżeństwie i powrocie na własnych zasadach.
Przez kilka lat właściwie nie było cię na scenie i w mediach. W dzisiejszych realiach siedem lat nieobecności to niemal cała epoka. Dlaczego zniknęłaś?
Podjęłam decyzję, że chcę zostać mamą, ale okazało się, że to wcale nie jest takie proste. Przez kilka lat nie mogłam zajść w ciążę, więc postanowiłam trochę zwolnić. Przestać pędzić dziarskim tempem, mniej się stresować, odpuścić diety. Mówiąc półżartem, pomyślałam: pojem trochę masełka, uspokoję się i może coś się wreszcie zagnieździ.
I udało się!
Tak! W 2018 roku urodziłam bliźnięta. To była moja pierwsza ciąża i pierwsze doświadczenie rodzicielskie, więc kompletnie nic nie umiałam. Dzieci wyjęły mnie z dotychczasowego życia. Mój mąż nadal pracował, bo ktoś musiał utrzymywać rodzinę, a ja zajęłam się domem. Potem przyszła pandemia. Kiedy zaczęłam już myśleć o powrocie, rynek koncertowy na chwilę przestał istnieć. Nawet gdybym chciała wrócić, nie było dokąd.
Czyli nie podjęłaś jednej decyzji: „znikam”. Życie stopniowo wyłączało cię z pracy artystycznej?
Dokładnie. To nie był manifest ani obrażenie się na branżę. Najpierw starania o dzieci, potem macierzyństwo, następnie pandemia. Z roku na rok ta przerwa robiła się coraz dłuższa. Oczywiście świadomie wybrałam bycie przy dzieciach. Bardzo chciałam zostać mamą i kiedy nią zostałam, nie chciałam tego przegapić. Ale jednocześnie ogromnie tęskniłam za sceną. Czasami myślałam: „Chciałaś być matką, więc nią jesteś. To, że teraz nie biegasz po scenach, jest konsekwencją tej decyzji”. Tylko że pogodzenie się z tym nie zawsze było łatwe.
Macierzyństwo całkowicie przesunęło twoje priorytety?
Bardzo. Nagle człowiek przestaje być centrum własnego świata. Moja spontaniczność i możliwość wychodzenia z domu, kiedy tylko mam ochotę, właściwie się skończyły. Nazywam to czasem słodką niewolą. Jest w tym mnóstwo ograniczeń, ale jest też coś niezwykłego. Otwierasz rano oczy i masz do kogo powiedzieć pierwsze słowo. Wracasz do domu, a tam czekają oczy, uśmiechy i czyjeś ręce. Ja bym się za to dała pokroić.
Nie bałaś się, że publiczność o tobie zapomni?
Kiedy zaczęłam wracać, zrozumiałam, że w pewnym sensie muszę zadebiutować po raz drugi. Część ludzi mnie pamięta, części muszę się przypomnieć, a dla części jestem zupełnie nową osobą. Przez siedem lat pojawiły się nowe media, nowe sposoby słuchania muzyki i nowe pokolenie odbiorców. Mam za sobą ponad dwadzieścia lat pracy, koncerty i piosenki, które ludzie znają, a jednocześnie czuję się tak, jakbym znowu miała powiedzieć: „Cześć, jestem Marika i robię muzykę”.
Wróciłaś albumem „Cykl”. To nie była jednak płyta lekka ani pogodna.
Była dosyć wkurzona. Przez długi czas obserwowałam świat z boku, ale w nim nie uczestniczyłam. Tęskniłam za sceną, brakowało mi ludzi i działania. Po drodze wydarzyła się pandemia, wojna w Ukrainie, społeczne podziały, konflikty między ludźmi, samotność i przeniesienie życia do internetu. Na „Cyklu” było mniej melodii, a więcej opowiadania, gorzkich obserwacji i radykalnych wypowiedzi. Potrafiłam w jednej piosence umieścić trzy tematy. Mój mąż mówił: „Kochanie, bardzo lubię, jak piszesz, ale może jeden temat na jedną piosenkę wystarczy”.
Twoja mama również namawiała cię, żebyś przestała tak mocno boksować się ze światem.
Tak. Kiedy jeszcze żyła, opowiadałam jej o piosenkach, które powstają. Bardzo się ucieszyła, kiedy powiedziałam, że chcę znowu pisać bardziej melodyjnie i skupić się na prostszych, bliższych ludziom sprawach.
Powiedziała: „Ludzie mają już dosyć własnych problemów i niekoniecznie chcą jeszcze słuchać o kolejnych w piosenkach”. Zrozumiałam, że chcę mówić o rzeczach, których pragnie każdy człowiek. O bliskości, bezpieczeństwie, byciu przyjętym i kochanym.
Niektórzy artyści twierdzą, że tworzyć można tylko z braku, gniewu albo cierpienia. Ty zdajesz się mówić coś odwrotnego.
Cierpienie bywa paliwem dla sztuki, ale nie jest jedynym paliwem. Dzisiaj prowadzę dobre, ciepłe, spełnione życie. Patrzę na moje dzieci i regularnie mam łzy w oczach, bo mogę im towarzyszyć i obserwować, jak się rozwijają. W tym napełnieniu znowu pojawiło się miejsce na melodię. Kiedy człowiek przez długi czas jest wkurzony, pisze zaciśniętymi zębami. Kiedy odpuszcza i zaczyna doceniać to, co ma, może również pisać o świetle.
I dlatego powstały „Okruchy Złota”?
Tak, bo chciałam opowiedzieć o miłości spokojnej, spełnionej i bezpiecznej. O relacji, która nie opiera się na ciągłych rozstaniach, powrotach, awanturach i emocjonalnych skokach na bungee. Interesowała mnie miłość, która trwa i daje człowiekowi poczucie, że nie musi bez przerwy walczyć o uwagę drugiej osoby. Przyszłam do Leona Krześniaka ze zwrotką i pomysłem na refren. Wiedziałam, że ma to być duet kobiety i mężczyzny.
Od początku myślałaś o Pawle Domagale?
Tak, chociaż nie wiedziałam, czy się zgodzi. Pomysł, żeby coś razem nagrać, miałam właściwie od 2018 roku. Spotkaliśmy się wtedy przy okazji koncertu z okazji dziesięciolecia mojej płyty „Plenty” i piosenki „Moje serce”. Po koncercie Paweł został zapytany za kulisami, jak mu się podobało. Powiedział, że na pewno jeszcze coś razem nagramy, a nawet że nagramy płytę, która sprzeda się w trzech milionach egzemplarzy. Dowiedziałam się o tym dopiero później. Trzy miliony jeszcze się nie wydarzyły, ale część przepowiedni już się spełniła.
Dlaczego właśnie on pasował ci do tej historii?
Marika: Bardzo lubię jego sposób opowiadania o miłości. Paweł nie mówi o niej jak zdobywca, który musi kogoś podbić, tylko jak człowiek gotowy być obok przez lata. Kiedy śpiewa: „Weź nie młodniej, weź się starzej”, to jest dla mnie piękna deklaracja. Ja również chcę starzeć się przy swoim partnerze. Chcę obserwować, jak się zmieniamy, wspierać kolejne odsłony, ewolucje i rewolucje. Nie chcę kochać wyłącznie czyjejś najładniejszej, najmłodszej i najłatwiejszej wersji.
„Okruchy Złota” opowiadają o uczuciu, którego pop często nie zauważa. Dlaczego szczęśliwa miłość tak rzadko staje się tematem piosenek?
Mój mąż powtarza, że cała muzyka pop stoi na nieszczęśliwej miłości. Kiedy artysta idzie na terapię, przepracowuje traumy, wychodzi z toksycznego związku i układa sobie życie, pojawia się pytanie: „No dobrze, ale o czym on teraz będzie pisał?”. Ja chcę zadać kłam temu przekonaniu. Nie zgadzam się, że miłość jest prawdziwa i romantyczna wyłącznie wtedy, kiedy jest toksyczna. Spokojna relacja też jest fascynująca. Może nie trzaska drzwiami co pięć minut, ale składa się z ogromnej liczby drobnych gestów. Ktoś rano robi ci kawę, pamięta, co cię martwi, wraca do domu, jest obok, kiedy się zmieniasz. To właśnie są te okruchy złota. Małe rzeczy, które dopiero po czasie okazują się największym skarbem.
Czy publiczność jest gotowa na piosenki o zdrowych relacjach?
Myślę, że tak. Ludzie zaczynają inaczej patrzeć na związki. Młodsze pokolenia otwarcie mówią o terapii, granicach, zdrowiu psychicznym i potrzebie bezpieczeństwa. Psycholog przestał być słowem wypowiadanym szeptem. Mam nadzieję, że razem z tym zmienia się także język piosenek o miłości.
Po „Okruchach Złota” pojawił się singiel „To nie ty”. To właściwie odwrotna historia.
Tak, ale te piosenki są ze sobą mocno połączone. „Okruchy Złota” opowiadają o miejscu, do którego doszłam. „To nie ty” jest retrospekcją i pokazuje jeden z wcześniejszych przystanków na tej drodze. Zanim człowiek dojrzeje do relacji, w której szuka zdrowia, spokoju i bezpieczeństwa, często wikła się w historie oparte na innych zasadach. Szuka fajerwerków, napięcia i chemii. Czasami myli niepewność z miłością, a cierpienie z dowodem, że uczucie jest wyjątkowe.
O jakiej relacji opowiada „To nie ty”?
O relacji jednostronnej, w której jedna osoba nieustannie zabiega o bliskość. Daje, daje i jeszcze raz daje. Próbuje stworzyć magię, organizuje wspólny czas, pyta, rozumie, usprawiedliwia i daje kolejne szanse. Druga osoba pozostaje emocjonalnie nieobecna. Leży na kanapie, trzaska drzwiami, milczy albo po prostu korzysta z tego, że ktoś wokół niej bez przerwy krąży. Przyjmuje uwagę, troskę i zaangażowanie, ale nie odpowiada tym samym.
To jest nierówny układ sił. Jedna strona staje się dawcą, druga odbiorcą. I przez długi czas obie mogą udawać, że to jest miłość.
Bohaterka widzi czerwone flagi, ale konsekwentnie je omija. Dlaczego?
Bo bardzo chce, żeby ta historia się udała. Kiedy na czymś nam zależy, potrafimy być niezwykle kreatywni w tłumaczeniu sobie cudzej obojętności. Mówimy: „On ma trudny czas”, „Ona nie umie mówić o emocjach”, „Potrzebuje więcej przestrzeni”, „Może za bardzo naciskam”, „Jeszcze jedna szansa i wszystko się zmieni”. Bohaterka zaciska oczy, ignoruje znaki i próbuje zobaczyć w tej relacji to, czego w niej nie ma. W pewnym momencie zaczyna rozumieć, że problem nie polega na tym, że za mało się starała. Być może starała się aż za bardzo.
Czy piosenka wynika z twojego doświadczenia?
Jest w niej trochę mojej biografii. Na szczęście to doświadczenie dość odległe, dlatego mogę już patrzeć na nie z dystansu. Ale są tam również historie kobiet i mężczyzn, których znam. To nie jest wyłącznie kobiece doświadczenie. Mężczyźni również bywają w relacjach, w których robią wszystko, żeby zasłużyć na uwagę drugiej osoby. Każdy może zostać dawcą w związku z kimś, kto nie potrafi albo nie chce odpowiedzieć tym samym.
W tekście nie ma jednak jednoznacznego oskarżenia drugiej strony.
Nie chciałam napisać piosenki pod tytułem: „Ja jestem wspaniała, a ty jesteś potworem”. Relacje rzadko są aż tak proste. Można również zapytać, dlaczego osoba, która tak dużo daje, wybiera właśnie taką pozycję. Czy chodzi wyłącznie o miłość? A może jest w tym potrzeba bycia niezastąpioną, ofiarną, tą bardziej zaangażowaną? Czasami mówi się o zasiadaniu na tronie krzywdy. Człowiek cierpi, ale ta rola daje mu też poczucie moralnej przewagi. Może powiedzieć: „Zobacz, ile dla ciebie zrobiłam, a ty nic”. To są grube pytania i nie chcę udawać psycholożki. Zależało mi raczej na pokazaniu sytuacji niż na wydaniu wyroku.
Czyli obie osoby mogą podtrzymywać ten układ?
Często tak. Jedna osoba nadskakuje i robi coraz więcej, druga przyzwyczaja się, że nie musi dawać niczego. To nie znaczy, że odpowiedzialność zawsze rozkłada się po równo. Bywają relacje naprawdę przemocowe i nie wolno ich relatywizować. Ale w wielu przypadkach warto się zastanowić, dlaczego tak długo zostajemy tam, gdzie nie dostajemy wzajemności. Dlaczego bardziej interesuje nas zdobycie niedostępnego człowieka niż spotkanie kogoś, kto od początku chce z nami być?
Bohaterka jeszcze nie odchodzi. Dopiero zaczyna rozumieć, że powinna.
Właśnie ten moment był dla mnie najciekawszy. Ona nie stoi jeszcze jedną nogą za drzwiami. Nadal jej zależy. Nadal ma złudzenia. Nadal daje kolejną szansę, chociaż coraz wyraźniej widzi, że nic się nie zmieni. To jest chwila, w której prawda zaczyna świtać, ale człowiek nie potrafi jeszcze za nią pójść. Wie już, że powinien odejść, ale jego emocje jeszcze tego nie przyjmują. Rozum i serce działają w dwóch różnych strefach czasowych.
Czy wracanie do takich doświadczeń nie było trudne?
Było, ale było też potrzebne. Psychologia, z którą zetknęłam się podczas własnej terapii, podpowiada, że czasami trzeba wrócić do starych ran. Wyciągnąć kolce, oczyścić ranę, opłakać ją i pozwolić jej się zabliźnić. Nie da się wszystkiego zakopać i udawać, że nie istniało. To doświadczenie jest już przeżyte, dlatego mogę o nim pisać bez szarpaniny. Patrzę na nie z miejsca, w którym jestem dzisiaj. Wiem, że ta relacja nie była końcem świata, tylko przystankiem na drodze.
Wierzysz w trwałość związków, a jednocześnie śpiewasz, że czasami jedynym wyjściem jest wyjście. Nie ma w tym sprzeczności?
Nie. Jestem zwolenniczką trwałych relacji. Jestem w takiej od czternastu lat. Uważam, że warto nad związkiem pracować, przechodzić przez kryzysy i nie wyrzucać relacji do kosza przy pierwszym problemie. Ale trwałość nie może oznaczać bycia razem za wszelką cenę. Sam fakt, że coś trwa długo, nie czyni tego dobrym. Czasami związek można naprawić, a czasami jedynym zdrowym rozwiązaniem jest odejście. „To nie ty” opowiada właśnie o momencie, w którym człowiek zaczyna dopuszczać do siebie tę możliwość.
„To nie ty” powstało podczas sesji z Mimi Wydrzyńską i Dominikiem Dudkiem. Jak wyglądała wasza współpraca?
Z Mimi przyjaźnię się od lat. Jest mamą chrzestną moich dzieci i znakomitą songwriterką. To ona zaproponowała, żebyśmy spotkały się z Dominikiem. Napisaliśmy wspólnie dwie piosenki. Podstawowa wersja „To nie ty” powstała w dwie i pół godziny. Potem wracaliśmy do niej i szlifowaliśmy szczegóły, ale od początku wszystko bardzo dobrze kliknęło. Mimi jest świetną melodystką, Dominik wniósł produkcję, aranżację i naturalne wyczucie melancholii, a ja odpowiadam za większość tekstu oraz melodię bridge’u.
Przez lata pisałaś głównie sama. Łatwo było ci dopuścić inne osoby do procesu twórczego?
To było nowe i bardzo odświeżające. Pisanie w trzyosobowym zespole ma zupełnie inną energię. Ktoś rzuca pomysł, druga osoba natychmiast go odbija, trzecia coś dopowiada. Mimi bardzo pomaga mi nie przekombinowywać. Ja potrafię dołożyć kolejną myśl, metaforę i jeszcze jedną puentę. Ona umie powiedzieć: „To już jest. Nie trzeba więcej”. Dzięki temu piosenka pozostaje klarowna.
Nową muzykę wydajesz samodzielnie. To wybór czy konieczność?
Jedno i drugie. Wytwórnia, w której chciałam być, odmówiła. Pomyślałam, że nie będę teraz pukać do wszystkich drzwi. Sprawdzę, czy czasy zmieniły się na tyle, że można wydawać muzykę niezależnie. Okazało się, że można. Jestem sobie okrętem, żaglem i kapitanką. Nie muszę czekać, aż ktoś wróci z urlopu i zdecyduje, czy wolno mi wypuścić piosenkę. Ale nie mam budżetu dużej firmy ani złotego klucza otwierającego wszystkie drzwi. Muszę być jednocześnie artystką, menedżerką, wydawczynią i przedsiębiorczynią. Jednego dnia piszę, a innego liczę i planuję, bo jeśli próbuję robić wszystko naraz, ani sztuka, ani księgowość nie wychodzą szczególnie dobrze.
Czy te single złożą się w nowy album?
Myślę, że tak, ale nie narzucam sobie konkretnego terminu. Mam już kilka gotowych utworów i chcę wydawać je regularnie. Płyta zrobi się z tego naturalnie. Nie muszę ogłaszać daty, a potem przez pół roku gonić samej siebie. Ważniejsze jest, żeby każda piosenka była gotowa i żebym naprawdę chciała ją ludziom pokazać.
To powrót do dawnej Mariki czy narodziny zupełnie nowej?
Jedno i drugie. Trochę zataczam koło. Ludzie najmocniej pokochali mnie dzięki „Mojemu sercu”. To była prosta, melodyjna piosenka o miłości, z czystym i serdecznym przekazem. Pomyślałam więc: skoro tego ode mnie chcą, a ja nadal mam ochotę takie piosenki pisać, to z przyjemnością im je dam. Tylko będą to utwory napisane przez kobietę, którą jestem dzisiaj, a nie przez dziewczynę z warkoczami sprzed dwudziestu lat. Nie muszę już być wyłącznie wesołą Mariczką od pozytywnych wibracji. Nie muszę też cały czas udowadniać, że jestem poważną artystką, która walczy ze światem. Mogę pomieścić wszystkie swoje wersje. I chyba właśnie na tym polega mój drugi debiut.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Paweł Trześniowski