
Nowy singiel „EVERY BODY AND SOUL” zapowiada album „Brothers” (premiera 9.06) - płytę nagraną w Los Angeles z muzykami, którzy pracowali z Aretą Franklin, Michaelem Jacksonem, Eltonem Johnem i Christiną Aguilerą. Dla Mietka Szcześniaka to nie tylko muzyczna przygoda, ale spełnienie marzenia chłopaka z Kalisza, który kiedyś chodził z walkmanem po ulicach i słuchał czarnej muzyki.
Nowy singiel „EVERY BODY AND SOUL” brzmi jak amerykański rhythm and blues, soul, gospel. Dla wielu słuchaczy to może być zaskoczenie. To jest nowy Mietek Szcześniak?
Nie powiedziałbym. Dla mnie to bardzo naturalne. Ja zawsze kolegowałem się z rhythm and bluesem, soulem, funkiem, jazzem i gospel. To są gatunki, które były mi bliskie od początku. Może dla kogoś, kto pamięta mnie głównie z ostatniej, bardziej delikatnej płyty, ten singiel może być zaskoczeniem. Ale dla tych, którzy słuchają mnie od dawna, to raczej powrót do moich fascynacji.
Chciałem, żeby ta piosenka miała w sobie coś z podstaw współczesnej muzyki. Blues, rhythm and blues, soul, gospel - to jest korzeń. Dobre granie, dobry rytm, ekspresja i tekst, który nie jest tylko ozdobą.
A o czym jest „EVERY BODY AND SOUL”?
Przesłanie jest proste: każde ciało i każda dusza muszą się ruszyć. Nie można tylko czekać. Na cud, na bohaterów, na polityków, na przewodników duchowych, na to, że ktoś za nas zmieni świat. Trzeba zacząć od siebie. To jest piosenka o tym, że jeśli coś nam się nie podoba - w życiu, w świecie, w nas samych - to pierwszy ruch należy do nas. Ciałem i duszą. Bo zmieniając siebie, zmieniamy też świat wokół.
Mówisz o tym jak o manifeście, ale też jak o spełnionym marzeniu.
Bo to jest moje spełnione marzenie. Kiedy miałem kilkanaście lat, chodziłem po moim rodzinnym Kaliszu z walkmanem na uszach i słuchałem czarnej muzyki. Marzyłem, żeby kiedyś nagrać z czarnymi muzykami. Wtedy to było właściwie marzenie śniętej głowy. Komuna, paszporty, odległy świat, mało realne możliwości. A jednak po kilkudziesięciu latach to się wydarzyło. Dlatego mówię: nie rezygnujcie z marzeń, nawet jeśli wydają się nierealne. Czasem są zasypane głęboko piaskiem, ale warto je odkopać.
Jak doszło do tego amerykańskiego rozdziału?
Zaczęło się od Wendy Waldman. Przyjechała kiedyś do Polski na warsztaty, których celem było spotkanie polskich i amerykańskich autorów piosenek. Chodziło o to, żeby razem coś stworzyć. My z Wendy w dwa dni napisaliśmy trzy piosenki. Potem powstało ich jeszcze ponad trzydzieści. Z tej współpracy narodziła się płyta „Signs”, wydana w Polsce i w Stanach. Na niej pojawił się też afroamerykański chór. I właśnie wtedy zaczęła się kolejna przygoda. Wendy pomyślała, że warto połączyć mnie z H.B. Barnumem i jego chórem. Tak zaczęła się droga do płyty „Brothers”.
H.B. Barnum to postać absolutnie legendarna.
Tak, tylko szczęśliwie dowiedziałem się o tym trochę później. Gdybym wiedział od początku, pewnie bym spanikował. H.B. Barnum przez wiele lat był kierownikiem muzycznym Arethy Franklin. Pracował też z takimi artystami jak Jackson 5, Frank Sinatra, Tom Jones, Ray Charles, Gladys Knight. To człowiek gigant. A jednocześnie ma w sobie niezwykłą prostotę. Jest po osiemdziesiątce, ale życzę każdemu takiej energii, jasności umysłu i poczucia humoru. On mówi, że jesteśmy braćmi, tylko z różnych matek. Stąd tytuł płyty - „Brothers”.
Na płycie pojawia się też chór Live Choir. Jakie to było doświadczenie?
Niezwykłe. Siedzieć z nimi w ławce, ćwiczyć, potem występować razem na scenie, nagrywać, jeść wspólnie obiad, wygłupiać się po próbach - to jest spotkanie z inną kulturą muzyczną. Tam muzyka jest w ciele. W rytmie. W kościele. W codzienności. To był community choir, czyli chór ludzi różnych zawodów, różnych historii, którzy przychodzą, bo kochają śpiewać. Dla mnie to było spotkanie z czymś bardzo prawdziwym. I pięknym. Z oddaniem muzyce, którego się nie da udawać.
Mówisz często o tym, że ta płyta ma być „vintage’owa”. Co to znaczy w praktyce?
Chcieliśmy napisać nowe piosenki, które brzmią jak stare. Takie, jakby mogły powstać w świecie rhythm and bluesa, soulu, gospel, funku. Żeby brzmienie było organiczne, naturalne. Żeby nie było udawania. Żeby instrumenty, chórki, harmonie i rytm miały ten stary, amerykański szwung. Oczywiście są tam różne brzmienia, ale wszystko jest podporządkowane korzeniom. To ma przypominać, skąd wyszedł rock’n’roll, skąd wyszła muzyka soul, jak wielkie rzeczy powstały ze spotkania czarnej i białej muzyki.
Singiel „EVERY BODY AND SOUL” powstał z zespołem The Refugees. Kto tworzy ten zespół?
To trzy fantastyczne kobiety. Wendy Waldman, która napisała między innymi „Save the Best for Last” dla Vanessy Williams. Cindy Bullens, która pracowała z Eltonem Johnem i Bobem Dylanem. Deborah Holland, która grała z Copelandem i miała zespół Animal Instinct. One mają ogromną historię muzyczną, ale są nadal aktywne, świetnie piszą, mają w sobie pasję i normalność. To jest piękne doświadczenie, kiedy spotykasz ludzi naprawdę dużego formatu, a oni nie mają żadnej nadętości.
Wspominałeś też Roba Hoffmana.
Rob Hoffman realizował tę płytę. To człowiek, który razem z żoną odkrywał Christinę Aguilerę, nagrywał jej pierwszą płytę, pracował też z Michaelem Jacksonem. Słuchanie anegdot od takich ludzi to osobna przygoda. Ale najważniejsze jest to, że oni są prości w kontakcie, oddani muzyce i bardzo konkretni. Ukułem sobie nawet takie powiedzenie: im większy format, tym łatwiejszy w obsłudze.
Czy płyta „Brothers” będzie cała taka jak „EVERY BODY AND SOUL”?
Będzie różnorodna. Są utwory mocniejsze, bardziej up-tempo, są ballady, są rzeczy soulowe, gospelowe, funkowe. Jest dużo melodii, harmonii, rytmu. Są momenty delikatne i mocne. „EVERY BODY AND SOUL” jest pierwszym ptaszkiem z tej płyty, ale nie opowiada wszystkiego. Na albumie jest też utwór tytułowy „Brothers”, który śpiewam z H.B. Barnumem. Jest ballada „You Heal Me”, opowieść o ciele i duszy. Bo skoro mamy jedno i drugie, to może warto zadbać o całego człowieka.
W nagraniach brali udział także polscy muzycy.
Tak. Paweł Zarecki aranżował i grał na instrumentach klawiszowych. Marcin Pospieszalski grał na basie. To są muzycy, z którymi pracuję od lat. Więc to też są moi „brothers”. Ta płyta jest spotkaniem wielu światów: amerykańskiego folku Wendy, czarnego gospel H.B. Barnuma i mojego polskiego doświadczenia.
Album powstawał długo. Kilka lat. To była kwestia dopieszczania materiału czy logistyki?
Jedno i drugie. Praca na dwóch kontynentach nie jest prosta. Trzeba polecieć, spotkać się, napisać, nagrać chór, nagrać muzyków, wszystko poskładać. Ale ta płyta też dojrzewała swoim rytmem. Nie chodziło o to, żeby gonić trendy. Pracowaliśmy z potrzeby, z przyjaźni i z przesłaniem. Chcieliśmy wrócić do korzeni dobrej muzyki.
Płyta ukaże się w Polsce. Będzie też winyl?
Tak, płyta ukaże się dzięki Agencji Muzycznej Polskiego Radia 9 czerwca, ale już jest dostępna w przedsprzedaży. Bardzo się cieszę, że Polskie Radio zdecydowało się ją wydać, bo to jest album anglojęzyczny i bardzo konkretny stylistycznie. Wyjdzie na CD i na czarnej płycie. A ta muzyka bardzo pasuje do winylu. Ma swoje brzmienie, swoją przestrzeń, swój oddech.
Co dalej? Będą koncerty z tym materiałem?
Chciałbym bardzo. Wszystko zależy od finansów, jak zwykle. Marzyłoby mi się, żeby przyjechał chór, albo przynajmniej część tych muzyków. Jeśli nie z Los Angeles, to może z Anglii. Ten materiał zasługuje na żywe granie.
Na pewno będziemy szukać sposobu, żeby go pokazać na scenie. Bo to jest muzyka do grania, śpiewania, oddychania razem z publicznością. Nie chciałbym stanąć elegancko na scenie i śpiewać do guzika. To musi mieć ciało i duszę, skoro już o tym śpiewamy.
Po czterdziestu latach na scenie wciąż masz w sobie głód takich przygód?
Tak, bo to jest moja pasja. Kiedyś musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy do tego zostałem wymyślony. I kiedy odpowiedź przyszła, to już wiedziałem, że będę to robił bez względu na powodzenie, pieniądze, popularność czy stopę życiową. Jestem wdzięczny, że muzyka stała się moim zawodem. Że moja pasja jest moim chlebem. A jeśli jeszcze po latach spełnia się takie marzenie, jak nagranie płyty z czarnym chórem w Los Angeles, to jest to ogromna nadwyżka radości w życiu.
Czyli „EVERY BODY AND SOUL” to nie tylko singiel. To zaproszenie.
Tak. To zaproszenie, żeby się ruszyć. Nie tylko fizycznie. Też duchowo. Żeby przestać czekać, aż ktoś coś za nas zrobi. Żeby zacząć od siebie.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Paweł Trześniowski
