Maciek Balcar: "Nie jestem wrogiem technologii. po prostu czasem trzeba wyłączyć szum..."

Ten tekst przeczytasz w ok. 10 minut
Maciek Balcar: Nie jestem wrogiem technologii. po prostu czasem trzeba wyłączyć szum...
 fot. Olek Bortel

Maciek Balcar wraca z nowym singlem „A może tak”. Po rozstaniu z Dżemem artysta otwiera nowy solowy rozdział, pracuje nad płytą, pisze muzykę do własnego musicalu i mówi wprost: chce śpiewać o rzeczach, które naprawdę go obchodzą.

„A może tak” to piosenka o zmęczeniu światem? A może raczej jego tempem?

Myślę, że przede wszystkim o zmęczeniu przebodźcowaniem. Jesteśmy dziś bombardowani wszystkim: reklamami, powiadomieniami, informacjami, promocjami, dźwiękami. Wyskakują nam różne opcje, które zaprzątają głowę, nawet kiedy wcale ich nie szukamy. Kiedyś łatwiej było sięgnąć po książkę i spokojnie spędzić wieczór. Teraz przychodzą SMS-y, powiadomienia, subskrypcje, algorytmy. Mam wrażenie, że ten świat cały czas czegoś od nas chce.

Czyli technologia bardziej pomaga czy przeszkadza?

Proszę mnie źle nie zrozumieć: absolutnie nie jestem wrogiem technologii. Sam bardzo korzystam z tego, co ona daje. Pamiętam czasy, kiedy jako nastolatek nagrywałem pierwsze pomysły na magnetofonie kasetowym. Jakość była fatalna, o nagrywaniu wielośladowym można było tylko marzyć. A dziś właściwie każdy może mieć w telefonie wieloślad i bardzo dobrą jakość dźwięku. To jest niesamowite. Tylko że jest też druga strona. Technologia tak mocno zaszumia nam obraz, że czasem zapominamy o rzeczach najprostszych: o ciszy, o lesie, o wodzie, o wieczorze, o patrzeniu w gwiazdy. O tym, że wcale nie musimy nigdzie dzwonić, niczego natychmiast sprawdzać i nigdzie się spieszyć.

Czyli „A może tak” jest próbą odzyskania równowagi?

Tak. Chodzi o balans. Ja nie mówię: wyrzućmy telefony, wróćmy do jaskiń i rysujmy mamuty na ścianie. Raczej: wybierajmy świadomie, co do nas dociera. Bo czasem mam wrażenie, że przestaliśmy to kontrolować. To wszystko dobija się do nas nawet przez sen.

Tekst do „A może tak” napisał Grzegorz Paczkowski. Jak zaczęła się wasza współpraca?

Poznaliśmy się rok temu w Michałowicach, w Teatrze Naszym, podczas koncertu z okazji urodzin Jacka Kaczmarskiego. To było spotkanie bardów - kilku gitarzystów śpiewających pieśni Kaczmarskiego i swoje autorskie rzeczy. Grzesiek był jednym z nich. Po koncercie mieliśmy okazję porozmawiać. Okazało się, że pisze teksty, robi to bardzo sprawnie, ma fajną wrażliwość i podobnie myśli o istocie tekstu w piosence.

Dałeś mu gotowy temat?

W przypadku „A może tak” miałem już muzykę i pierwsze trzy słowa: „A może tak”. Wiedziałem też mniej więcej, o czym chcę opowiedzieć. Porozmawialiśmy o przebodźcowaniu, o nadmiarze opcji, o tym, że zapominamy o kontakcie z samym sobą i z naturą. Grzesiek bardzo pięknie ubrał to w słowa.

Czyli lubisz mieć wpływ na tekst, nawet jeśli go nie piszesz?

Tak, bo ja wiem, o czym chciałbym zaśpiewać. Czasem tekst piszę sam, ale kiedy czuję, że to nie jest dobry kierunek albo że nie do końca potrafię powiedzieć to tak, jakbym chciał, proszę zaprzyjaźnionych tekściarzy czy poetów o pomoc. W przypadku Grześka to działa świetnie, bo on lubi dostać temat. Nie musi się domyślać, co mi chodzi po głowie, tylko od razu pracuje na konkrecie.

Ten utwór nie eksponuje twojego głosu w taki oczywisty, mocny sposób. Nie ma tu wielkiego „wygara”

Bo ta piosenka tego nie potrzebowała. Ona wymaga równowagi. Nie trzeba w niej krzyczeć ani podnosić głosu. Wystarczyło przekazać tekst. Ale spokojnie, na płycie będą też utwory, które pokażą tego Maćka Balcara, którego słuchacze kojarzą z mocniejszego śpiewania.

„A może tak” jest drugim singlem zapowiadającym nową płytę. Wcześniej było „Za daleko”. Ten tytuł brzmi trochę jak zamknięcie pewnego etapu. Tak pan myślał o tym utworze?

„Za daleko” rzeczywiście otworzyło ten nowy solowy rozdział. Po 23 latach w Dżemie naturalnie pojawia się potrzeba zmiany, wyjścia ze strefy komfortu i sprawdzenia, co jest dalej. Nie traktuję tego jednak jak odcięcia grubą kreską czy dramatycznego gestu. Raczej jak spokojne uznanie, że pewna formuła się wyczerpała, a ja chcę pójść w nowe przestrzenie. „Za daleko” i „A może tak” są częścią większej całości. To piosenki, które pokazują różne strony tego samego momentu: z jednej strony zamknięcie ważnego etapu, z drugiej - szukanie nowej równowagi, własnego języka i własnego miejsca.

Płyta ma mieć roboczy tytuł „Single”. To trochę znak czasów?

Trochę tak. Życie muzyków stało się dziś singlowe. Wspólnie z Agencją Muzyczną Polskiego Radia planujemy wydawnictwo, które powinno ukazać się pod koniec roku, myślę, że późną jesienią. Będzie na nim około dziewięciu, dziesięciu utworów. 

Tęsknisz za klasyczną płytą jako całością?

Bardzo. Zawsze lubiłem płyty koncepcyjne. Yes, Marillion, Pink Floyd - to są dla mnie przykłady albumów, których słucha się jako całości. Uwielbiam „Misplaced Childhood” Marillionu. Dziś promocyjnie trzeba jednak żyć singlowo. Wydajesz płytę i często dwa, trzy utwory żyją własnym życiem, a reszta gdzieś znika. Dlatego wypuszczanie kolejnych singli ma sens. Ale jako słuchacz nadal bardzo tęsknię za albumem, który jest pełną opowieścią.

Z kim pracujesz nad tym materiałem?

Mam swoją żelazną ekipę. Jurek Drobot i Bartek Rojek z Tarnowa - bas i perkusja. Na gitarze od kilku lat gra ze mną Łukasz Belcyr. Oprócz tego pojawiają się różni muzycy, z którymi spotykam się przy okazji tras akustycznych czy innych projektów. Nie wykluczam, że na tej płycie też pojawią się dodatkowi goście.

Jest życie po Dżemie?

Jest. I w dodatku bardzo fajne. Myślę, że to wszystko musiało się wydarzyć, żebym mógł pójść w nowe przestrzenie. Wyjść ze strefy komfortu. Poznać fantastycznych ludzi, z którymi teraz współpracuję. Takiego życia nawet sobie nie wymarzyłem.

Rozstaliście się pokojowo?

Mogę mówić tylko ze swojej strony, ale myślę, że tak. Ta formuła zwyczajnie się wyczerpała. To były 23 lata. Myślę, że i oni potrzebowali zmiany, i ja jej potrzebowałem. Mam nadzieję, że wszyscy są szczęśliwi.

Solowa droga jest łatwiejsza czy trudniejsza od pracy w zespole?

To ciekawe pytanie, bo największe doświadczenie mam tak naprawdę w solowej pracy. Oczywiście był Dżem, wcześniej moje początki, był też Harlem, do którego dochodziłem, ale w solowym tworzeniu czuję dużą wolność. Muzyka to moje podwórko. Lubię ją pisać, bawić się nią, decydować, co będę śpiewał, jak będę śpiewał i o czym. W zespole muzyka jest zwykle wypadkową wielu osób. A ja bardzo lubię ten moment, kiedy sam buduję świat piosenki.

Powiedziałeś kiedyś, że artyści, których najbardziej cenisz, pokazują w muzyce swoje wnętrze. Ty też chcesz iść tą drogą?

Tak. Moi idole to ludzie, którzy pozwalają się poznać przez muzykę. To wymaga odwagi, ale imponuje mi taki sposób myślenia. Chcę się dzielić swoimi przemyśleniami, także tymi trudniejszymi. Może ktoś ma podobną sytuację, może przechodzi podobny proces. Nawet jeśli to będzie jedna, dwie, trzy osoby, to i tak warto było nagrać piosenkę.

Na jakim etapie jest dziś Maciek Balcar muzycznie?

Myślę, że jestem romantycznym poetą, który cały czas ma w głowie mocne, elektryczne brzmienia gitar i lubi rock’n’roll.

Twoje nowe piosenki są dobrze wyprodukowane, ale przede wszystkim słychać, że są skomponowane. To ważne?

Bardzo. Wychowywałem się na Czesławie Niemenie, Marku Grechucie, Wojciechu Młynarskim. Oni zostawili we mnie szacunek do kompozycji. Dla mnie piosenka najpierw musi dobrze zabrzmieć przy fortepianie albo z samym głosem. Dopiero potem można budować produkcję. Może to staroświeckie podejście, ale dobrze mi z tym.

Masz za sobą także bardzo mocny rozdział musicalowy. „Jesus Christ Superstar” grałeś przez 19 lat. Brakuje ci musicalu?

Brakuje. I szczerze mówiąc, pracuję nad tym, żeby nie brakowało.

Czyli?

Piszę muzykę do własnego musicalu. Moja żona napisała libretto, ja piszę muzykę. Jeden projekt jest prawie na ukończeniu, drugi mniej więcej w połowie. Na razie nie chcę zdradzać, o czym będą, bo jest za wcześnie, ale to dla mnie bardzo fajna przygoda.

Twoja historia z „Jesus Christ Superstar” brzmi jak gotowy film.

Byłem fanem „Jesus Christ Superstar” od zawsze. I wydarzył się dziwny splot okoliczności. Jerzy Grunwald zaprosił mnie do zaśpiewania kolęd na swojej płycie. Telewizja Polska realizowała do tego teledyski w Ziemi Świętej. Byliśmy w Tel Awiwie, Jerozolimie, Betlejem. Program pokazano w święta w 1999 roku. W tym samym czasie Teatr Rozrywki w Chorzowie przygotowywał „Jesus Christ Superstar” i nie miał obsadzonych ról Jezusa i Judasza. Ekipa zobaczyła mnie w tym programie, jak śpiewam kolędę w Ziemi Świętej, i zobaczyli swojego Jezusa.

A potem pojawił się Janusz Radek jako Judasz.

Po przesłuchaniach zapytano mnie, czy mam pomysł, kto mógłby zagrać Judasza. Przypomniałem sobie chłopaka z zespołu Zanderhaus. Miał długie, kręcone włosy, śpiewał bardzo wysoko, ale nie pamiętałem nazwiska. Powiedziałem tylko: znajdźcie go, on by pasował. Znaleźli Janusza Radka. Przyjechał, zaśpiewał, pozamiatał. I tak powstał nasz duet Jezusa i Judasza.

Taką rolę inaczej śpiewa się po latach?

Oczywiście. To zostawia ogromny ślad. Dużo rozmawiałem o tym także z Markiem Piekarczykiem, z którym się przyjaźnię. On był pierwszym Jezusem w Gdyni. Mamy podobny sposób myślenia, choć Marek ma swoje bardzo konkretne, czasem radykalne przemyślenia. Ja traktowałem to może trochę bardziej na luzie, ale taka rola zostaje w człowieku na długo.

Masz swoich mentorów?

Raczej staram się wyciągać dobre myśli od fajnych ludzi. Brać stąd, gdzie czuję dobrą energię i ciepło. Muzycznie bardzo ważny jest dla mnie Dave Matthews i Dave Matthews Band. Śledzę go od lat. Widzę w nim spełnionego, mądrego człowieka, który świetnie pracuje nad swoim materiałem. Czerpię z tego garściami, przede wszystkim energię.

A twoje dzieci poszły w twoje ślady?

Trochę tak, każde inaczej. Najstarszy syn, ten, który jest już ojcem, jest związany z muzyką - pracuje jako akustyk z zespołem Żniwa, działa też w klubie we Wrocławiu. Młodszy syn kończy kierunek związany z gospodarką przestrzenną, więc poszedł bardziej w stronę architektury i projektowania. Córka jest w liceum plastycznym, ale wcześniej skończyła szkołę muzyczną, więc zobaczymy, w którą stronę ją poniesie. Póki co zagrała w klipie do singla. 

Ty sam studiowałeś architekturę. Co ci dała?

Bardzo dużo. Architektura to myślenie koncepcyjne, projektowanie, matematyka. A muzyka ma z matematyką bardzo dużo wspólnego. Z jednej strony są to rzeczy policzalne, z drugiej - na pewnym etapie wchodzimy w obszar, który wymyka się prostemu postrzeganiu.

Gdybyś mógł zmienić jedną rzecz w polskim przemyśle muzycznym, co by to było?

Postawiłbym mocniej na polskojęzyczną muzykę w mediach. W wielu krajach to działa od dawna. Jedziemy do Włoch, włączamy radio i słyszymy włoską muzykę. We Francji jest podobnie. U nas proporcje są inne. To nie znaczy, że trzeba wykluczać muzykę po angielsku czy w innych językach. Chodzi o proporcje. Skoro mieszkamy w Polsce, to niech polska muzyka ma należne jej miejsce.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Paweł Trześniowski

 

REKLAMA
Zozi News
author

Paweł Trześniowski

 20.05.2026   fot. Olek Bortel

PLAWGO prezentuje album "Rzeczy które robimy zamiast"

wrOFF Showcase 2026 wraca do Wrocławia. Trzy dni koncertów, warsztatów i "Siły alternatywy"

CZYTAJ RÓWNIEŻ
Trwa ładowanie zdjęć