Ola Błachno: "Pociąg który wyzwala"

Ten tekst przeczytasz w ok. 11 minut
Ola Błachno: Pociąg który wyzwala
 fot. Filip Blażejowski

Zaczynała od skrzypiec i klasycznej dyscypliny, dziś buduje własny język na styku jazzu, muzyki klasycznej i improwizacji. Ola Błachno – wokalistka, kompozytorka i liderka międzynarodowego oktetu – na płycie „Warschauer Strasse” zamienia trasę Berlin–Warszawa w opowieść o wolności, samotności i powrocie do siebie. To nie jest tylko zapis podróży między dwoma miastami. To historia o tym, co dzieje się po drodze – w pociągu, w głowie i w życiu.  Ola Błachno – wokalistka jazzowa, kompozytorka, skrzypaczka. Płyta „Warschauer Strasse” (premiera styczeń 2026) wydana nakładem Agencji Muzycznej Polskiego Radia.

Zaczęłaś od skrzypiec. To dość nieoczywisty start dla wokalistki jazzowej.

Skrzypce na pewno dały mi solidną podstawę do tego, co zadziało się muzycznie nieco później. Nauczycielka muzyki w szkole podstawowej, Pani Grażyna Machnicka wychwyciła moje śpiewanie i powiedziała rodzicom, że warto byłoby pomyśleć o szkole muzycznej. Trafiłam na przesłuchania i zapadła decyzja: skrzypce. U mnie w domu nie było wcześniej muzyków. Tata ma świetny słuch, ale nigdy się nie uczył muzyki – marzył o akordeonie, ale niestety wtedy nie było to możliwe. 

Skrzypce były miłością od pierwszego dźwięku czy raczej ciężką pracą?

To i to, ale rzeczywiście pierwsze lata to absolutna miłość – poświęcanie każdej wolnej minuty na ćwiczenie i czerpanie z tego ogromnej radości. Było tak, że rodzice zabierali mi instrument, bo wychodziliśmy z domu, a ja prosiłam: „jeszcze kilka taktów”. Nigdy nie miałam momentu, w którym byłam zmuszana do grania, ćwiczenia. To przyszło naturalnie. Dopiero po latach odkryłam swoją drugą pasję – wokal – i okazało się, że jest jeszcze silniejsza.

A jazz? To nie jest wybór, który robi się przypadkiem.

Tu ogromną rolę odegrał mój brat, Maciek. Miał świetnego nauczyciela gitary, który pokazał mu blues i jazz. Ja to podglądałam, podsłuchiwałam i w pewnym momencie po prostu się zakochałam w tych dźwiękach. Potem przyszły warsztaty wakacyjne warsztaty jazzowe, wydział jazzu na „Bednarskiej”, koncerty, jamy i słuchanie muzyki godzinami. Pamiętam, że zapytałam kiedyś moją pierwszą profesor wokalu jazzowego, Panią Izę Zając, jak uczyć się improwizacji, a ona odpowiedziała: „słuchaj muzyki”. Byłam trochę rozczarowana. Pomyślałam, że nie chce jej się odpowiedzieć lub też dać konkretnej odpowiedzi. Dziś wiem, że to była najważniejsza i najlepsza rada, jaką mogłam usłyszeć. 

Czyli jazz zaczyna się od słuchania, nie od grania?

Według mnie tak. Ważnym elementem jazzu jest improwizacja, a improwizacja to nasz język jazzowy… Języka nie da się nauczyć bez słuchania. Dopiero kiedy nasiąkniesz tym światem, zaczynasz mieć coś do powiedzenia.

Polska ma świetne wydziały jazzu. Skąd decyzja o Berlinie?

Podchodziłam do egzaminów w Katowicach, ale się nie dostałam. I to był moment, w którym trzeba było zdecydować: zatrzymuję się czy idę dalej. Na takie wydziały przeważnie przyjmują jedną, dwie, maksymalnie trzy osoby. To bardzo subiektywny wybór komisji. Ja, mimo, że na początku nie dostałam się, miałam silne wewnętrzne poczucie, że wiem co robię i że mam podstawy ku temu, żeby myśleć, że jestem wystarczająco dobra, by iść dalej i nie poddać się. Pomyślałam wtedy, że decyzja kilku osób w komisji nie może zdecydować o tym czy będę śpiewać czy nie. Dostałam się do Berlina, na renomowaną uczelnię – Universität der Künste (Jazz-Institut Berlin). Trafiłam do profesor Judy Niemack z Kalifornii, która powiedziała: „zostań ze mną”. Decyzja o Berlinie była jedną z najlepszych decyzji jaką mogłam wtedy podjąć. 

Co Berlin dał ci jako artystce?

Otworzył mi świat. Mnie otworzył… na różnorodność, na eksperyment, na inne myślenie o muzyce. Tam słyszałam wszystko – od mainstream’u po jazzu wymykający się wszelkim definicjom. To miasto daje ogromną wolność, ale też nie prowadzi za rękę. Przez te lata przeżyłam i doświadczyłam w Berlinie wielu rzeczy, wielu emocji – od poczucia samotności po myślenie o tym mieście jako o domu. I za to wszystko jestem bardzo wdzięczna.

I właśnie między Berlinem a Warszawą powstała ta płyta.

Dokładnie. Spędziłam mnóstwo czasu w pociągach między tymi miastami. I w tych podróżach działo się bardzo dużo – emocjonalnie, życiowo. Zauważyłam, że podróż pociągiem to moment, w którym naprawdę mam czas na myślenie. Potem pomyślałam, że motyw podróży jest świetną metaforą życia oraz wolności. Dlatego „Warschauer Strasse” to nie jest stricte moja historia. Są tam fragmenty, które mogłabym odnieść do siebie, ale zasadniczo jest to opowieść o człowieku, dla którego podróż jest możliwością i pretekstem do refleksji, wzruszenia, wspomnień, a nade wszystko zaglądnięcia w głąb siebie. 

Już sam tytuł jest znaczący.

Nazwa albumu łączy dwa światy. Świat Warszawy i Berlina, świat wolności i jej braku.  „Warschauer Strasse” to nazwa ulicy w Berlinie, a zarazem duża stacja metra i pociągu. Chciałam w tej nazwie zawrzeć cząstki obydwu miast: nazwa w tłumaczeniu na język polski to „Ulica Warszawska”, która jest wyrażona w języku niemieckim. Co ważne, wszystkie tytuły utworów to nazwy warszawskich i berlińskich stacji metra i pociągu. Chciałam, by zarówno nazwy poszczególnych utworów, i jak i tytuł całego albumu łączył dwie stolice i pokazywał, że te miasta – choć różne – są sobie bardzo bliskie.

Każdy utwór to konkretna stacja. Oprowadź nas.

Zaczynamy od Hauptbahnhof – to w skrócie utwór o lęku przed nieznanym, ale i nadziei związanej z czymś nowym. Alexanderplatz to samotność w wielkim mieście; samotność jednostki pomimo otaczającego tłumu. Z kolei Zoo to utwór o zniewoleniu i miejskiej dżungli. Berlińska stacja „Zoo” będąca symbolem ludzkiego życia w klatce. Nowy Świat-Uniwersytet to tęsknota za przeszłością. Praga – nostalgia i klimat starej Warszawy i nawiązanie do dawnych ulicznych kapeli praskich (z tego powodu jest to utwór w języku polskim). Tiergarten to wolność ukazana poprzez zachwyt nad naturą – klucze ptaków są tutaj symbolem wolności. Rondo ONZ to zupełnie inna historia – mamy tu zestawienie dwóch różnych motywów wolności – obraz przepracowanych ludzi żyjących w wygodnym, skomercjalizowanym, korporacyjnym świecie, który daje pozorną wolność (wyraża się to w słowach „what if I might be too busy to be free, to be me”) oraz obraz ludzi, którzy muszą podróżować ze względu na brak wolności w miejscu, w którym się znajdują („no peace, no safety here, there is no shelter near, dear God please take my fear, I travel to feel free”). No i ostatni utwór – Warszawa Centralna – to stacja, dzięki której powracamy do domu, do siebie i odnajdujemy swój wewnętrzny spokój i wolność. 

Zoo jest najmocniejsze.

Nie chciałam udawać, że świat składa się tylko z ładnych rzeczy. Rzeczywiście w tym utworze pojawiają się tematy niewygodne, brudne. To jest utwór o ludzkich zniewoleniach i uzależnieniach, o miejscach, z których trudno wyjść. To również część ludzkiego życia. Skutkiem tych właśnie tematów jest ostrzejsza muzyka i free jazzowa, wręcz nieco zwierzęca improwizacja w środku utworu. 

Z kolei Rondo ONZ brzmi jak komentarz do współczesności.

Bo nim jest. Ludzie biegną, pracują, funkcjonują – i często nie mają czasu zastanowić się, czy są wolni. Niestety dzisiejszy świat jest pełen paradoksów – często dochodzi do tego, że pieniądze i rzeczy materialne są pewnego rodzaju zniewoleniem, a innymi słowy brakiem wolności. 

Muzycznie to bardzo odważny miks. Nie bałaś się, że to się nie sklei?

Bałam się. Ale potem uznałam, że właśnie w tym jest sens. Kierunek tego albumu wyznaczają poszczególne stacje – ten album to dość konceptualny twór… mimo, że niektóre utwory są muzycznie bardzo różne to łączy je motyw podróży i tego, co chcę wyrazić poprzez tę podróż. W rezultacie powstał rzeczywiście dość eklektyczny album, ale myślę, że nietuzinkowy i wbrew pierwszemu wrażeniu, spójny poprzez silny motyw przewodni. 

A okładka? Ona też jest szalona.

Okładka jest tak samo eklektyczna i bogata w szczegóły jak ta muzyka. Uważam, że tutaj, na tym poziomie mamy również spójność. Michał Bryndal po prostu „narysował” moją muzykę. Ja bardzo skrupulatnie opowiedziałam mu o całym koncepcie, o tematyce utworów i wskazałam na elementy, które chciałabym, żeby znalazły się na okładce, np. pociąg, motyw zwierząt i miejskiej dżungli, ale już cały projekt i wizja artystyczna należały do niego… ja osobiście uwielbiam tę okładkę i myślę, że Michał stworzył mini dzieło sztuki… okładkę, obok której nie można przejść obojętnie 

Oktet z pięciu krajów – jak to ogarnąć?

Muzycy z pięciu krajów, ale w większości na stałe związani z Berlinem. Rozpoczynając pisanie tej muzyki mieszkałam jeszcze w Berlinie stąd wybór muzyków. Bardzo w skrócie, najpierw napisałam wszystko, a dopiero później mieliśmy kilka prób, aby to grać. Jak już wspomniałam, jest to projekt konceptualny, więc zależało mi na tym, aby muzycy nie tylko odgrywali, to co zapisałam w nutach, ale zrozumieli całą ideę i historię, którą chcę opowiedzieć. I tak też się stało – mam wspaniałych muzyków na pokładzie, którzy są bardzo zaangażowani i wspierający mnie i muzykę. A wyszło rzeczywiście tak, że mamy skład międzynarodowy: Polska, Niemcy, Francja, Włochy, Rosja. Uwielbiam tak łączyć ludzi.

Andrzej Jagodziński na płycie – ważna postać.

tak, bardzo ważna. Był moim mentorem przez pewien czas, na początku mojej jazzowej edukacji. Uczył mnie, ale też po prostu był – dzwonił, proponował wspólne ćwiczenie i wymagał… a ja realizowałam te zadania ćwicząc, robiąc coraz to nowe transkrypcje solówek gigantów jazzu. Kiedy zadzwoniłam, aby zapytać, czy zgodziłby się nagrać ze mną gościnnie jeden utwór zapytał tylko o termin. To dla mnie ogromne wyróżnienie i radość. I muszę powiedzieć, że lubię tę naszą duetową, bardzo delikatną i intymną wersję utworu „Warschauer Strasse”. 

Piszesz muzykę i teksty. Co jest trudniejsze?

Nie wiem, to zależy. Bardzo lubię pisać teksty. Kiedyś nosiłam ze sobą zawsze mały notes i zapisywałam pomysły, frazy, które wpadły mi do głowy podczas uczestniczenia w przeróżnych koncertach. Zarówno napisanie dobrej muzyki jak i napisanie dobrego tekstu może być łatwe bądź trudne – to zależy w jakim punkcie życia się znajdujemy, w jakim stanie psychicznym jesteśmy, ile mamy przestrzeni na pisanie, tworzenie.  

Organizujesz też koncerty sama.

Tak. To bywa wyczerpujące i bardzo czasochłonne. Są momenty, gdy mam wrażenie, że pracuję na kilku etatach jednocześnie. Ale to też pewnego rodzaju niezależność, ale i poczucie sprawczości, gdy coś „wychodzi”. Ale też z drugiej strony marzyłabym, gdybym mogła za jakiś czas mieć u swojego boku osobę, która mogłaby pomóc mi w bookingu koncertów. Nie ukrywajmy – przeważnie łatwiej promować kogoś niż siebie samego. 

Wolność to słowo, które wraca w tej rozmowie.

Bo to jest jeden z motywów przewodnich tej płyty. Ja często mówię, że przewijają się w tym albumie dwa główne motywy: podróży i wolności. Dlaczego? Ponieważ podróż traktuję jako synonim wolności właśnie – zatem przewijają się one, czasami uzupełniają wzajemnie. Wiem, że w dzisiejszych czasach temat wolności kojarzy się wielu osobom przede wszystkim z polityką, ale też czymś, co w nieumiejętny sposób jest przedstawiane w przestrzeni publicznej. Ja chcę tego uniknąć – chcę mówić o naszej wewnętrznej wolności, o odnajdywaniu siebie. Uważam, że istnieją bardzo różne oblicza wolności – dla każdego wolność będzie oznaczała co innego. Z kolejnej jeszcze strony, trzeba bardzo wyraźnie podkreślić, że to ogromnie ważny temat – często nieoczywisty… bo zdarza się, że nie myślimy o niej, ale gdyby się zatrzymać, zastanowić i świadomie pochylić nad nią to jestem przekonana, że byłaby to dla wielu osób jedna z ważniejszych wartości ludzkiego istnienia. 

I Warszawa Centralna na końcu – dom?

Też. Moment, w którym mówisz: „jestem u siebie”, „odnalazłam siebie” czyli moment, kiedy mamy w sobie spokój, a w sercu czujemy się wolni.  

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Paweł Trześniowski

 

REKLAMA
Zozi News
author

Paweł Trześniowski

 13.04.2026   fot. Filip Blażejowski

By Million Wires wracają po latach. EP "Not Over" zapowiedziane na maj

Fryderyki 2026: znamy laureatów w muzyce jazzowej

CZYTAJ RÓWNIEŻ
Trwa ładowanie