Twierdzi również, że muzyka jest uniwersalna, zrozumiała dla każdego mimo różnic kulturowych. Jak istotna jest jej rola w życiu społeczeństwa? Czego uczy nas słuchanie najróżniejszych brzmień i dźwięków?
Oczywiście, że muzyka która powstawała w obrębie różnych kultur, była inna i różniła się od siebie, ale jeśli ogólnie przyjmiemy dźwięk lub jego brak (cisza - jeśli istnieje taka „absolutna cisza”) za podstawowy element składowy muzyki, to w tym sensie jest ona wszędzie zbudowana z tej samej materii. Dociera do każdego, kto może go (ten dźwięk) odebrać. To jedna z form komunikacji nadawczo-odbiorczej. Przez zmysł słuchu odbieramy bodźce, a dalej mózg robi z tym różne rzeczy. Wyobraźnia słuchowa bardzo często pobudza wyobraźnię plastyczną (konkretne obrazy) lub przywołuje jakieś elementy wiedzy, albo pobudza ruch, itd. Dźwięk, jako bodziec stwarza wiele możliwości odbioru i w tym sensie jest „łatwym” przekaźnikiem. Nie zawsze jednak intencja, z jaką komunikat jest wysłany przez „generator”, jest tożsama z tą, która jest odbierana przez „rejestrator”. Kiedy tak jest, to jest to pewnego rodzaju „magiczna relacja” między twórcą, a odbiorcą. Słodka symbioza (śmiech – przyp. red.). Jej magia polega na prostocie komunikacji, przepływu treści, emocji, nastroju, formy, wszystkiego… Bez potrzeby określania, dopowiadania, „tłumaczenia”. Można ten stan określić, jako „synchronizacja dusz”. ALE w pewnym sensie sztuka i jej wartość polega na indywidualizmie, a ten indywidualizm dotyczy oczywiście twórcy, ale tak samo jest domeną odbiorcy. Indywidualizm odbiorcy przekonuje go o jego wyjątkowości i wolności odbioru tak samo, jak o wyjątkowości artysty i jego wolności przekazu. Dźwięki podobnie, jak innego rodzaju komunikaty są tylko bodźcami i wywołują w nas to, co tak naprawdę już wcześniej zostało w nas złożone. Dziś poprzez Internet mamy cały świat „w kieszeni” i niestety często w głowie (razem ze wszystkimi jego problemami), ale tak samo przybliżył nam się świat dźwięków. Z jednej strony jest to wielki bogactwo, źródło inspiracji, a z drugiej można powiedzieć, że jesteśmy zasypani tym bogactwem i różnorodnością tak, że coraz trudniej nam odnaleźć swoją tożsamość i określić siebie. Dotyczy to każdej sfery życia, nie tylko muzyki.
Owa różnorodność jest też cechą charakterystyczną QYAVY, znakiem rozpoznawczym grupy. Jaka jest geneza jej powstania? No i kto wymyślił tak ciekawą nazwę?
Geneza powstania zespołu to spotkanie moje i Jacka Rodziewicza. Choć pochodzimy z jednego miasta i długo już każdy z nas działał w muzycznym świecie, nigdy nie mieliśmy okazji spotkać się, poznać i pograć razem. Pretekst był dość prosty - chodziło o to, żeby w okresie wakacyjnym pomuzykować wspólnie w kwintecie jazzowym grając ulubione standardy jazzowe. Ja zostałem zaproszony do składu nawet nie przez Jacka, lecz przez grającego wtedy na saksofonie tenorowym Mirka Lewandowskiego. Spotkaliśmy się na próbie i tak się zaczęło. We mnie dawno już rozbudzona natura (którą de facto uwielbiam) twórcy, poszukiwacza, kompozytora, nie pozwoliła mi zbyt długo wyłącznie improwizować na znanych, i już setki razy granych, tematach. Stąd też szybko zacząłem proponować własne utwory. Tak naprawdę od momentu propozycji grania w tym składzie (telefon) do pierwszej próby (byłem w tym czasie na wakacyjnym wyjeździe) miałem już cztery gotowe pomysły na utwory na ten skład. Tak bardzo zainspirował mnie sam skład instrumentalny. Zwłaszcza relacja baryton-tenor-gitara. Nota bene wszystkie znalazły się na pierwszej płycie! Jackowi bardzo spodobał się kierunek w stronę „kompozycji własnych” oraz to, co proponowałem i tak zaczęliśmy oddalać się od standardów jazzowych. Poszliśmy tak daleko, że w końcu nie zostało po nich ani śladu. Potem, kiedy zaczęliśmy myśleć o nagraniach, pierwotny skład posypał się i zaczęliśmy szukać nowego. Tak krok po kroku odnaleźliśmy ten, który jest aktualnie. Geneza nazwy z kolei to pomysł, który dawno temu nie został wykorzystany do jednego z moich projektów, a moje spotkanie z Jackiem jeszcze bardziej podkreśliło dodatkowy wymiar tej nazwy, czyli Q, jak Q-rek, YA, jak Yacek oraz VY, jak reszta, która do nas dołączyła, a także Ci wszyscy, do których adresujemy naszą muzykę. Ta nazwa skleiła się z modernistyczną wersją pisowni nazwy regionu, z którego pochodzimy - Kujaw. Tak więc w krótkiej nazwie zawarło się wiele treści i wątków.
Twórczość QYAVY to mieszanka jazzu oraz rocka, co stanowi interesujące połączenie. Wskaż proszę inspiracje artystyczne – to spiritus movens Waszych wspólnych działań.
Nie da się. Jest tego zbyt dużo. To wpływy, historie i wnętrze każdego z nas. Przede wszystkim na początku moje, bo ja komponuję utwory i tu już jest to mieszanka z racji moich bardzo szerokich doświadczeń, horyzontów i otwarcia na wszelkiego typu muzykę. Moja historia to gitara klasyczna, szkoła muzyczna i muzyka klasyczna, garaż i heavy-metal, koszykówka, NBA i hip-hop, jazz, muzyka kubańska, potem wszelkiego typu elektronika, produkcja i piosenki…No i wszystkie tego „pochodne”. A do tego, na etapie konfrontacji napisanych utworów, na próbach, każdy jeszcze dodaje siebie - czyli podobną „mieszankę wybuchową”. Ponieważ jest to mieszanka stylistyczna, kulturowa i pokoleniowa to myślę, że właściwie cokolwiek kojarzy się podczas odbioru tej muzyki, to na pewno jest w tym jakiś wpływ tego wszystkiego.
Wasza druga płyta miała swą premierę w marcu br. Ile trwały prace nad jej ukończeniem? Czy efekty, jakie osiągnęliście w pełni satysfakcjonują?
Prace szły sprawnie. Ja w dużym stopniu materiał miałem już gotowy podczas grania i promowania na koncertach pierwszej płyty. Nigdy nie przestaję (śmiech – przyp. red.). Już teraz mam pomysły na kolejne utwory. Cały czas badam i eksploruję nieodkryte dla mnie przestrzenie muzyki. Wszystkie pomysły nauczyłem się szanować i skrzętnie notować. Nigdy nie wiadomo, co się może przydać…Potem była duża przyjemność pracy w komfortowych warunkach personalno-sprzętowych w RecPublice w Lubrzy. Po nagraniach pierwszej płyty mieliśmy już wnioski i plan, jak skuteczniej podejść do drugiej. W dużym stopniu to się udało. Oczywiście zawsze po nagraniu są jakieś kolejne wnioski, które muszą przejść na kolejną, lepszą pracę przy trzeciej płycie, więc teraz nie będę o nich mówił.
Na albumie odnajdziemy nawiązanie do przeboju, który znają niemal wszyscy. Charakterystyczny motyw w nowej aranżacji. Co skłoniło Was, by sięgnąć do repertuaru legendarnej dziś Nirvany? Jak rozumiem ich muzyka nie straciła swojej magii.
Oczywiście, że nie. A magia inspiruje (śmiech – przyp. red.). Tak naprawdę bardzo lubię ten „uniwersalizm” muzyki i jej plastyczność. Do tego stopnia, że coś takiego, jak stylistykę (która dla niektórych jest ważna, bo wprowadza jakieś granice, podział i pozwala im się utożsamiać muzycznie) traktuję jako środek wyrazu w muzyce. Lubię przełamywać granice. Mój sposób podejścia jest czasem przewrotny i przekorny. Lubię kontrasty. Myślę np. tak - na jazzowy skład najlepiej standard rockowy, na prostą melodię, wysublimowaną harmonię (w tej aranżacji Nirvany są elementy harmonii Coltrane’a). Na brudny, surowy i garażowy „sound” - delikatny, wysublimowany fortepian z bassem i cajonem, itd. Lubię wyzwania, uwielbiam niemożliwe czynić możliwym. To jest magia!
Jak brzmi przekaz, który kierujecie w stronę swych odbiorców? Na co chcielibyście zwrócić ich uwagę?
Nie mamy w sercach jakiegoś wielce wysublimowanego teoretycznie przekazu. Wręcz przeciwnie. Czasem na koncertach, podczas festiwali jazzowych żartuję, że „jazz również zagramy”. Chcemy zwrócić uwagę na naturalność, prostotę i uniwersalność muzyki. Na znoszenie granic i podziałów. Na radość grania, swobodę tworzenia, improwizacji indywidualnej i wspólnej, na bogactwo i różnorodność barw, brzmień, dzięków, emocji, nastrojów, przestrzeni, rytmów. Również na zaskoczenie i nieoczekiwane zwroty akcji, na indywidualizm i wartość każdego z nas, a jednocześnie na współpracę i współtworzenie jednego organizmu. To wszystko jest bogactwem, którym chcemy się dzielić, a przy tym wierzymy, że to bogactwo w każdym odbiorcy wywoła i pobudzi bogactwo jego wnętrza, jego duszy, jego odbioru, jego emocji i wyobraźni pokazując, mu jego wartość i wyjątkowość.
A gdy sami zamieniacie się w słuchaczy, co w twórczości innych ma znaczenie dla Was?
Odpowiem tylko za siebie, ale ta odpowiedź jest prosta - prawda. Im dłużej jestem w muzyce, czy to grając, ucząc się, czy słuchając, jest mi coraz łatwiej dostrzec, czy ktoś jest autentyczny i przekazuje siebie przez instrument (poprzez muzykę), czy przeciwnie - udaje kogoś innego, nie zależy mu wyłącznie na muzyce.
Jakie cele stoją dziś przed Wami? Dokąd zmierza zespół?
O, w nieznane! I to pod każdym względem (śmiech – przyp. red.) To jest właśnie fajnie - brak ciśnienia, parcia, targetów, umów wiążących... To się rozwija i napędza samo. Zobaczymy, co będzie dalej.
Czy możliwość grania razem sprawia Wam wciąż radość?
Tak! Coraz większą. Czas działa na naszą korzyść. Z każdym kolejnym koncertem, próbą, płytą poznajemy się coraz lepiej i to powoduje, że ten zespół, jako jeden organizm ma większą samoświadomość. A ta daje lepsze samopoczucie i pewność siebie.
Jak istotna jest muzyka w Waszej codzienności?
Znów odpowiem tylko za siebie, chociaż kiedy obserwuję kolegów to mam wrażenie, że u każdego wypełnia zdecydowanie większą część życia i to zarówno, jako praca jak i jako pasja (radość i przyjemność). U mnie muzyka wypełnia ogromną część życia - jest nie tylko pracą, czy też pasją, ale i rozwojem, poszukiwaniem, przyjemnością, jest także kontaktem z Bogiem.
Zatem, jak zmieniłaby się ta codzienność, gdyby jej zabrakło?
Nie wiem. Nie wyobrażam sobie tego i na szczęście nie muszę tego robić. Wolę wyobrażać sobie muzykę niż jej brak (śmiech – przyp. red.).
Rozmawiał: Kamil Mroziński