Niezbędne
Zapewniają podstawowe działanie strony, bezpieczeństwo oraz zapamiętanie Twojej decyzji dotyczącej zgód.
Hellish Rock Part II. Impreza, która podbija europejskie serca od 28 lutego, kiedy to Helloween i Gamma Ray rozpoczęli swą fantastycznie dziką trasę, 26 marca zawitała w końcu w Krakowie w klubie Studio.
Przesłuchując przed koncertem kawałki brazylijskiego Shadowside, który wystąpił, jako support trudno było być pod wrażeniem. Wokalistka - głos z ogromnym potencjałem. Jednak z płonną nadzieją oczekiwałam uwolnionego pazura w wokalu. Aż cierpły kości – na próżno. Natomiast na żywo – bardzo pozytywne zaskoczenie. Heavy metalowy zespół rozgrzał publikę, która gorąco oczekiwała mainów tego wieczoru.
Gamma Ray, jak przystało na zespół power metalowy natychmiast użądlili. Zaserwowali m.in. „The Spirit”, „Empress”, „To the metal”, “Rise”, “Master of confusion”, “Empathy”, “Future world” czy “Send Me a Sign”. Uwagę niewątpliwie najbardziej przyciągał niezwykle charyzmatyczny Kai Hansen, były gitarzysta i wokalista Helloween. Panowie w styczniu 2010 roku wydali "To the Metal!" i właśnie z tego albumu pojawiło się tamtego wieczoru najwięcej kawałków.
Prekursorzy speed metalu zagrali wspaniale. Co też nie jest nowiną. Helloween promowali swój najnowszy album "Straight Out Of Hell" w sposób iście szalony. Wpadli na scenę i bez zbędnych wstępów oczarowali zebranych. Uczestnicy koncertu mogli usłyszeć m.in. „Live now”, „Heavy Metal”, „I'm alive”,” Where The Sinners Go”, “Waiting for the Thunder”, “Nabataea”, “Eagle Fly Free” czy sztandarowe „Straight Out of Hell”. Zaskakujące jak poruszająca ballada „Hold my in your arms” nie raziła nagłym przejściem w delikatniejsze brzmienia. Z iście wrodzoną subtelnością Andi Deris zneutralizował tenże romantyczny nietakt mówiąc „Let’s get now to real metal”i panowie kontynuowali żywo grę. Niespożytą energię ekipy Helloween reprezentował Markus Grosskopf, który wraz z Kaim Hansenem okazał się wybornym smaczkiem koncertu. Zejście ze sceny zespołu skwitowane zostały dosadnym - „Heavy, heavy Helloween! Happy, happy Helloween!” – dzięki czemu nie trzeba było długo czekać i wkrótce zespół powrócił w towarzystwie Gamma Ray. I jeśli ktoś jeszcze nie wpadł w akustyczną upojenie wówczas miał ku temu jak najlepsze powody. Tsunami dźwięków i ewidentna radość, z jaką zagrali panowie była czymś, co na długo zapada w pamięć. Zaś usłyszeć w wykonaniu tych dwóch ekip „ I want out” – to jak ekstaza św. Teresy dla fana muzyki tego rodzaju.
Jak przystało na speed metal, było tak dobrze, że nim człowiek się obejrzał – skończyło się. Szkoda tylko, że nie udało się usłyszeć „If I could fly”... Było żywiołowo, wesoło i przede wszystkim na totalnym luzie. Prócz tego nie zabrakło wizgów obu wokalistów, które wwiercająły się w najdalsze zakamarki mózgu i dosadnych, zabójczo szybkich riffów. Słowem – jeśli ktoś kocha to co robi, jego pasja staje się zaraźliwa -nie sposób się oprzeć.