FOTORELACJA

Electric Guitarlands 2026 w ramach Bochnia Rocks! - fotorelacja

Od ponad dekady urokliwe, niewielkie miasto położone kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Krakowa kilka razy w roku aspiruje do miana gitarowej stolicy Polski. W ramach cyklu Bochnia Rocks! odbywają się tu koncerty wyśmienitych gitarzystów i basistów, imprezy jakich pozazdrościć mogą największe miasta naszego kraju. Nie inaczej było 9 kwietnia 2026 roku, kiedy to wierna publiczność bocheńskich koncertów otrzymała poczwórną dawkę muzycznej radości. Właśnie w Polsce i właśnie w Bochni wystartowała tegoroczna edycja europejskiej części trasy Electric Guitarlands. Kilka lat temu już mieliśmy okazję podziwiać koncert tej trasy w tej samej, kameralnej Sali bocheńskiego kina Regis, zagrali wtedy m. in. Gus G i Andy Martognelli. Tym razem skład był trochę inny, ale przyjemność z obcowania z gitarową wirtuozerią i najlepszą rockową tradycją ta sama.

Zanim na scenę po kolei wkroczyli headlinerzy , publiczność została skutecznie rozgrzana przez włoski kwartet Black Banjo. Klasyczne, amerykańskie granie i bardzo dobra energia, dla stałych bywalców tego cyklu nie były zaskoczeniem, bo Alessandro Alessandrini Calisti z kolegami nie pierwszy raz realizował tu bardzo skutecznie niewdzięczną rolę „otwieracza” koncertu. A w składzie jego zespołu zobaczyliśmy i usłyszeliśmy najbardziej zapracowanego gentelmana tego wieczoru. Francesco Caporaletti to wzorzec solidnego, rasowego basu – ten muzyk został na scenie już do końca, gdyż wraz z dynamicznym i bezbłędnym perkusistą Roberto Piramim realizował harmoniczno-rytmiczną bazę dla wszystkich gitarowych harców, jakie do końca koncertu odbywały się w wypełnionym nadkompletem publiczności bocheńskim kinie.

A główny koncert rozpoczął młokos z Hollywood, Johny Nasty Boots. Bardzo żywiołowy i głośny set osadzony w blues rockowej tradycji z wycieczkami w stronę Hendrixowskiej psychodelii spotkał się z gorącą reakcją publiki. Po nim na scenę wkroczył maestro Vinnie Moore. Ten fachowiec od pięknej gitarowej melodyki też wcześniej występował w Bochni (koncert odbył się kilka lat temu w auli szkoły muzycznej), ale to był jego pełnowymiarowy, indywidualny set, teraz zaś powrócił jako część większego kolektywu. Przyznam się, że ten fragment koncertu najbardziej przypadł mi do gustu, co jest o tyle nieistotne, że wszyscy wykonawcy łącznie z supportem tego dnia pokazali klasę niebywałą. Niemniej wrażliwość muzyczna Vinniego spowodowała, że w drodze powrotnej do Krakowa odpaliłem w aucie stare dobre UFO. Rowan Robertson to kolejny miły  wirtuoz chętnie bywający w Bochni, a dla wyznawców Wielkiego Małego Ronniego Jamesa Dio to gitarzysta kultowy – wszak jako młokos był częścią zespołu jednego z Najważniejszych Głosów w historii rocka. U boku Rowana pojawił się Titta Tani – jegomość który „prywatnie” jest wyśmienitym bębniarzem, ale przy okazji posiada mocarny głos i umiejętność posługiwania się nim, co udowodnił wykonując z Robertsonem i doskonałą sekcją rytmiczną klasyczne numery z repertuaru Black Sabbath. No i na koniec szalony Michael Angelo Batio. Przesympatyczna postać związana z grupą Manowar, a przy okazji koleżka od stóp po czubek charakterystycznej czupryny wypełniony dobrym humorem, autoironią, miłością do shreddowania i szacunkiem do herosów rockowej gitary z Randy Rhoadsem i Eddie Van Halenem na czele. Nie zabrakło pogadanki na temat edukacji muzycznej („ drodzy gitarzyści, żeby grać, musicie dużo ćwiczyć oraz słuchać Szostakowicza i Czajkowskiego, wtedy jak ja dacie tysiące koncertów i odwiedzicie 66 krajów”) no i oczywiście pojawiła się słynna dwugryfowa gitara i wszelakie kuglarskie tapingowo-legatowe sztuczki jakie w imponujący sposób Batio na niej wyprawia.
Na finał tego maratonu na scenę powrócili wszyscy bohaterowie wieczoru, do których z instrumentem dołączył Piotr Lekki – gitarzysta TSA MNKWL i PiS, dumny Bochnianin a przy okazji pomysłodawca i organizator cyklu Bochnia Rocks! Publiczność usłyszała hymn PARANOID, a po koncercie oczywiście w kameralnej atmosferze była możliwość zakupu merchu, zbicia piątek z muzykami i strzelenia selfiaków na pamiątkę - to również odróżnia familijne  bocheńskie koncerty od „normalnych” klubowych sztuk, gdzie muzycy często po koncercie zmykają do garderoby i nie ma okazji do osobistego podziękowania im za wieczór pełen muzycznych wrażeń.

A jeszcze dwa takie gitarowe wieczory wydarzą się przed wakacjami w małopolskim pięknym mieście – 7 maja będzie bardziej akustycznie, na scenę wyjdzie współzałożyciel legendarnej grupy SAXON, Paul Queen, a 18 czerwca powróci do nas Marco Mendoza, czyli przystojniak kojarzony z Whitesnake i Dead Dasies.
Piotrowi Lekkiemu i wspierającej jego inicjatywę grupie przyjaciół, firm i instytucji życzymy kolejnych „sold outów”, tymczasem zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć z polskiego koncertu trasy Electric Guitarlands 2026.

Trwa ładowanie