| Strona główna » Recenzje » Recenzja: Robert Randolph & The Family Band - Unclassified |  | Robert Randolph & The Family Band - Unclassified | Autor: Mariusz Osyra , Data publikacji: 2009-03-29 |  | | Wydawca: Dare/Warner Bros., Data premiery: 2003-08-05 | | | | Znajdź więcej informacji o: Robert Randolph & The Family Band | Robert Randolph wyczynia z gitarą niesamowite rzeczy, a sama gitara też jest niecodzienna. To nietypowy wioślarz, który siada do swego płasko ułożonego instrumentu: gitary pedal steel i trzeba zauważyć na początku - jest jego wirtuozem. Cały czteroosobowy skład wygląda jak brygada ulicznego gangu z Bronxu, która raczej zajmuje się hip hopem, a przy okazji może grą w kosza. Jednak nie, oni grają bluesa. Ale nie tylko. Taki "Smile" łączy w sobie szkołę bluesa z soulem, brzmieniem cajun i tradycję nowoorleańską, a rhythm'n'bluesowe są "I Need More Love" albo "Good Times". Przy tym większość zawartej tu muzyki ma w sobie niemal taneczną miękkość i takież rytmy. Instrumentalny "Squeeze" żywo przypomina "No One To Run With" The Allman Brothers Band, jest równie intensywny i tak samo zachwycający. Spontanicznie jest na całej płycie, chociaż w przeciwieństwie do swojego koncertowego poprzednika, muzycy mniej improwizują i nie pozwalają się swobodnie piosenkom rozwinąć. Czasem aż się o to prosi, bo to w końcu prawdziwy amerykański jam band. Pomimo zaplanowania kolejnych partii instrumentalnych, górujące nad wszystkim śpiewne sola gitary Randolpha to miód na duszy. Instrument wydaje się czasem żyć własnym życiem i zwiedza muzyczne rejony, w które inni artyści się nie zapędzają. Często są to nuty gniewne, hardrockowe lub bluesrockowe, inym razem melodyjnie popowe. Zawsze jednak zachwycające świetną techniką i efektownym stylem. Niepowtarzalnie gra lidera prezentuje się w instrumentalnym "Calypso", obudowanym wokół południowoamerykańskich rytmów, solo jest tutaj godne mistrzów, a także z uwagi na partie hammondów utwór przypomina dokonania Traffic. Wokalnie Robertowi Randolphowi też nie można wiele zarzucić, wyśpiewuje z łatwością zabarwione soulem, bardzo żarliwe frazy, ale wydaje się, że czarnoskórym muzykom przychodzi to niemal naturalnie. ?wietna, ale mała porcja muzyki, chciałoby się więc by znowu puścili wodze fantazji i zabrali nas na długą, rozimprowizowaną przejażdżkę, najlepiej w gorącej, koncertowej atmosferze. W studiu jednak ta muzyczna swoboda została trochę poskromiona. 8/10
|
|
| | |
|