| Strona główna » Recenzje » Recenzja: Eels - End Times |  | Eels - End Times | Autor: Mariusz Osyra , Data publikacji: 2010-02-18 | 
| | Wydawca: Vagrant, Data premiery: 2010-01-18 | | | | Znajdź więcej informacji o: Eels | Przygotowany w mniej niż rok nowy album Eels, następca gwałtownego "Hombre Lobo" skupia się już na innych zagadnieniach. Znów jest jak to często u Marka "E" Everetta bywało w przeszłości - smutno, konfesyjnie, szczerze do bólu. Zestaw "End Times" opisuje koniec związku który okazał się dość destrukcyjny dla samooceny artysty, który dzieli się z nami swymi najbardziej osobistymi lękami, bez cienia litości dla samego siebie, obarczając winą swoje postępowanie które pchnęło go na krawędź zwątpienia i przypieczętowało jego rozpaczliwą samotność. Podobnych autodestruktorów świat rocka zna wielu, choćby niedawno pożegnanego Vica Chesnutta, także w przypadku Eels mamy do czynienia z wypowiedzią zaskakująco szczerą w podejmowanych tematach. E. zastanawia się nad tym co było, na początku budowania relacji z ukochaną osobą ("In My Younger Days", "The Beginning") i nad końcowym wynikiem splotu niesprawiedliwych wyroków losu ("Gone Man").
Muzycznie to mieszanka ponownie wybuchowa: od refleksyjnych tonów pierwszych taktów gdzieś z pogranicza mruczenia Lou Reeda tylko z towarzyszeniem akustycznej gitary po rockową zaciętość bluesujących riffów i rytmikę szalonego rockabilly, tylko pozornie lekkiego i pogodnego. Na "End Times" dominuje jednak zaduma, to płyta o wiele spokojniejsza niż poprzedniczka. Tu ożywcze partie pełnego składu, próba tym samym wyartykułowania pewnej złości na otoczenie i los pojawia się o wiele rzadziej niż poetyckie spojrzenie wgłąb siebie. To kolejna już płyta w dorobku tego artysty przesycona tymi samymi ciemnymi barwami. Jest w nich jak zawsze ta sama szlachetna nuta czystego piękna, jak w fortepianowej balladzie której przed laty nie powstydziłby się John Lennon "A Line In The Dirt". Ten sam klimat wydaje się dominować w dramatycznym "I Need A Mother". Wszystko wydaje się jakieś "burtonowskie" - nierzeczywiste, jakby wykreowane w innym świecie, bądź po prostu z innej epoki. Choćby słuchając przewrotnego "Paradise Blues" trudno uciec od myśli o latach 70., bluesrockowe zacięcie i organowe partie rodem z nagrań The Doors dopełniają klimatu pewnej archetypowości tej muzyki. Jednak wbrew pozorom nowej, świeżej, a zarazem nijak mającej się do tego co otacza nas w dzisiejszym świecie muzyki rozrywkowej. Gdzieś daleko w czasach minionych osadzone są pieśni w rodzaju "Nowadays", folkowej stylizacji z dźwiękiem harmonijki i smyczkami, czy bardziej zadziorne "Unhinged" w stylu The Jam. W głównym nurcie nie byłoby chyba miejsca dla Eels, dlatego E. niespecjalnie tam aspiruje. Kto z komercyjnych artystów zamieściłby na albumie krótki utwór składający się tylko z deszczu i bijących dzwonów ("High And Lonesome"), a tymczasem do Eels taki ruch pasuje. Nie mogę też nie zauważyć że są tu rzeczy piękne, z nurtu tych najprostszych. Wystarczy właściwie jeden tytuł „Little Bird”.
To dramatyczne szkice do własnej rozpaczy, krótkie, zwarte jakby od niechcenia napisane piosenki, które mają być formą autoterapii dla udręczonej duszy wrażliwego artysty. Artysty na którego twórczości odbiły się bardzo mocno osobiste traumy i niepowodzenia. Mam wrażenie że nigdy Everett już od nich nie ucieknie, czy to od pamięci o samobójczej śmierci siostry czy o rozstaniu które cieniem położyło się na mozolnie budowanym szczęściu prywatnym. O takich rzeczach potrafi opowiadać na swoich płytach. Taka jest też "End Times". 8/10
|
|
| | |
|
|