| Strona główna » Recenzje » Recenzja: Tindersticks - Falling Down A Mountain |  | Tindersticks - Falling Down A Mountain | Autor: Mariusz Osyra , Data publikacji: 2010-02-08 |  | | Wydawca: 4AD/High Note, Data premiery: 2010-01-27 | | | | Znajdź więcej informacji o: Tindersticks | To jeden z pierwszych ważnych tytułów 2010 roku. Na ósmym albumie w dyskografii Tindersticks wraca nieco odmieniony. Kolejne przetasowania w składzie musiały także przynieść świeży muzyczny szlif. Album "Falling Down A Mountain" otwiera monotonna, jazzująca, pulsująca żywym rytmem kompozycja tytułowa, najdłuższa i być może najważniejsza w zestawie. Stuart A. Staples pozostaje w niej rozpoznawalny ze swym śpiewem, z tym że nie najważniejszy. Pojawia się dopiero po długim rozimprowizowanym wstępie, a całość to jakby zespołowa improwizacja powstała we własnych studiach Le Chien Chanceux w Paryżu. Kompozycja nieco nerwowa, z powtarzanymi wersami i jakby zapętlonym głównym motywem melodycznym. Prawdziwa niespodzianka ze strony poszerzonego składu Tindersticks.
Tak jak niespełna dwa lata temu na "The Hungry Saw" z oryginalnego składu pozostały tylko trzy nazwiska, a Staples, David Boulter i Neil Fraser pozyskali do współpracy obok nowego perkusisty także znakomitego śpiewającego gitarzystę Davida Kitta, który miał także duży wkład w nowo powstającą muzykę. Ozdobił utwory także oszczędnymi partiami solowymi. Z nowym perkusistą na pokładzie jednak od numeru drugiego już nie proponują żadnej wolty, rozwijając nastrojową pięknie zwiewną balladę, tak typową dla ich dorobku, ale też tak udaną że podobnych piosenek nigdy dosyć ("Keep You Beautiful"). Równie urzeka słodka i nieco naiwna pieśń "Peanuts", przyozdobiona sekcją dętą i solo na harmonijce ustnej, podobnie jak większość zawartości podpisana przez wokalistę, a wyśpiewana jest dla odmiany w duecie z Mary O'Hara. To już kolejny po chociażby "Sometimes It Hurts" nagrany z Lhasą duet mieszany, jaki trafia na album zespołu.
Wspomnienie brzmień jakie dominowały na poprzedniej płycie to z kolei radosny w wyrazie "Harmony Around My table", gdzie już tytuł podpowiada że wokalista tym razem nie sprzedaje nam swego udręczonego śpiewu, a za to cieszy się zwykłymi radościami codzienności. W refrenie zwracają jeszcze radosne kobiece harmonie, a muzycy jak zawsze ozdabiają utwór naturalnymi dźwiękami, w tym również dźwięcznym trójkątem oraz organami Wurlitzera. Jeszcze bardziej może podobać się jakby skrojony na tindersticksowego singla rytmiczny z okolic tex-mex utwór "She Rode Me Down". Brzmi tu dość egzotycznie i przypomina ścieżki dźwiękowe spaghetti westernów. Tu oprócz sekcji dętej usłyszeć można jeszcze szlachetniejsze brzmienia wiolonczeli oraz ksylofonu. I warto jeszcze zauważyć, że nim miną te trzy kwadranse muzyki, pojawia się pod koniec kolejna perła, wśród najcudniejszych utworów grupy zajmująca miejsce w czołówce: „Factory Girls”, z poruszającym prostotą motywem na fortepian.
Piękną i różnicującą zawartość ozdobą albumu są też fragmenty instrumentalne - jak trzy minuty eterycznego "Hubbard Hills", rozmarzonego i pełnego magii, czy finałowe "Piano Music". 8/10
|
|
| | |
|