| Strona główna » Recenzje » Recenzja: Arcade Fire - Neon Bible |  | Arcade Fire - Neon Bible | Autor: Mariusz Osyra , Data publikacji: 2010-01-20 |  | | Wydawca: Merge, Data premiery: 2007-03-05 | | | | Znajdź więcej informacji o: Arcade Fire | Juz drugi w zestawie fragment zapada w pamięci słuchacza. "Keep The Car Running" choć nietypowy dla Arcade Fire fajnie popycha ten album do przodu, a w trzech minutach udało się nawiązać zarówno do wczesnej twórczości Davida Bowiego, Pixies, jak i połączyć manieryczność Roberta Smitha z The Cure z wokalami typowymi dla Bruce'a Springsteena. Prawda że nietypowy to mariaż? Rock bynajmniej nie jest główną składową tej płyty.
Muzyka Kanadyjczyków z ich drugiego albumu "Neon Bible" mniej depresyjna niż z debiutu "Funeral", stawia sobie poprzeczkę jednak gdzieś wyżej, ma ambicje ścierania ogromnej muzykalności nawet o barokowym rodowodzie (ech te orkiestrowo-kościelne brzmienia organów) z teatralnym rozmachem i poetyckim ujęciem o czym przypomina tytuł zaczerpnięty z książki Johna Kennedy'ego Toole'a. Jak często dziś mamy zespoły o tak wyraźnej muzycznej wizji, które być może kosztem pewnej pretensjonalności prą do przodu i dążą do realizacji swojej wizji. Stąd na albumie pojawiają się i dźwięki harfy, i rozbuchane smyczkowe partie, i znaczący ma udział chór. Nad wszystkim na dodatek sami mieli pieczę jako producenci, choć pomagali im studyjni specjaliści - Markus Dravs, ostatnio współpracownik Coldplay oraz uznany Mark "Spike" Stent. Stąd może ogromna chwytliwość piosenek, której się nie wyprą. Do tego zmieniają się przy mikrofonie i często za nic mają typowe piosenkowe struktury, zdradzając progresywne (a więc typowe dla artrocka) aspiracje (vide zmiany rytmiczne w "The Well And The Lighthouse").
We wczesne lata 80. zdaje się nas zabierać zbudowany także z dwóch jakże odmiennych części "Black Wave/Bad Vibrations". To jeden z momentów do których trzeba przywyknąć, nim pozwolimy mu się unieść gdzieś wysoko i daleko. Zresztą dużo tu muzyki tylko pozornie pogodnej, co znaczy tym samym łatwiejszej, a podskórnie jednak dławiącej i ciemnej. Uskrzydla rzecz jasna przedstawiony w nowej wersji, najbardziej znany, marszowy utwór Arcade Fire "No Cars Go" zaśpiewany w duecie przez Wina Butlera i Regine Chassagne, z przewrotnym i tak prostym tekstem oraz takim tematem muzycznym. Znakomita piosenka, którą zapiszą się w historii muzyki początku XXI wieku, bez względu na to co przedstawią na płycie numer trzy. Zwiewność z intensywnością połączyli cudnie w "Ocean Of Noise", czymś na kształt zdradliwego walczyka, a "(Antichrist Television Blues)" to jednocześnie przykład zapatrzenia w zimną falę sprzed prawie trzech dekad i naiwną brytyjską muzykę młodzieżową sprzed pół wieku.
Może istotnie trzeba było przebyć tak długą drogę z rodzinnego Quebecu do Londynu przez Budapeszt i Nowy Jork, odwiedzając anglikańskie kościoły, by muzyka zyskała tyle blasku i potrzebnej przestrzeni? W 2010 roku wracają z nowym, ponoć jeszcze bardziej przebojowym albumem. W konkurencji z innymi zespołami pokroju Fleet Foxes, White Lies czy The Walkmen może być im teraz trudniej. Ale czy po "No Cars Go" cokolwiek jeszcze muszą udowadniać? 9/10
|
|
| | |
|