| Strona główna » Recenzje » Recenzja: The Raconteurs - Broken Boy Soldiers |  | The Raconteurs - Broken Boy Soldiers | Autor: Mariusz Osyra , Data publikacji: 2010-01-14 |  | | Wydawca: Third Man/XL, Data premiery: 2006-05-15 | | | | Znajdź więcej informacji o: The Raconteurs | Jack White chyba nie lubi gdy się dzieje niewiele, a odpoczynek od tego co robi na codzień też niespecjalnie go interesuje. Dlatego w krótkiej przerwie działalności swojego The White Stripes powołał do życia nową formację w której lideruje do spółki. Zebrał kumpli i szybko pod szyldem The Raconteurs nagrał debiutancką płytę. Równorzędnym partnerem jest Brendan Benson, a dopełniają składu Jack Lawrence (okazać sie miało później że także członek The Dead Weather) oraz Patrick Keeler.
Najbardziej do albumu "Broken Boy Soldiers" pasują określenia: prostota rocka i spontaniczność. To muzyka powstała na luzie, a sięgająca gitarowych wzorców sprzed wielu lat, co oznacza że świetnie mogli się za jej sprawą odnaleźć i na współczesnej alternatywnej rockowej scenie w rodzimych Stanach. Drugą siłą sprawczą obok White'a jest Benson, muzyk stawiający coraz pewniej kroki w swej solowej karierze, zwykle grając nieco łagodniej. To oni przygotowali materiał - 10 krótkich piosenek, czasem o brytyjskim nalocie sprzed czterech dekad ("Steady As She Goes"), innym razem sięgające nawet wzorców młodzieżowej muzyki sprzed pół wieku ("Hands"). Jest w tym graniu sporo przekory, świadomej nonszalancji, uroczej zamierzonej naiwności, aura luzu ("Store Bought Blues" mocno a la The Who, ze zmieniającą się figurą rytmiczną). Świetnie wypadają też rzeczy które mam wrażenie ulokowali gdzieś na granicy pastiszu, obok oczywistego nawiązania do dokonań herosów rocka/hardrocka sprzed lat, jak zeppelinowe w klimacie głównie za sprawą partii wokalnej w stylu Planta "Blue Veins". Znakomity utwór tytułowy imituje jakby manierę wokalną Ozzy'ego, ale z drugiej strony monotonny mrok niweluje słodkimi uderzeniami w mandolinę. Żołnierski rytm, marszowy tętent nadal jednak jest w piosence obecny. Nieco żartobliwa, ale jednocześnie chyba najbardziej w tym zestawie dająca po uszach piosenka. Są i wypunktowane beatlesowskie ("Intimate Secretary"), oraz beachboysowe naleciałości ("Yellow Sun"). A wszystko podano z półuśmiechem i swadą surowych dźwięków jakie znamy z płyt The White Stripes. Mogłyby równie dobrze urodzić się 40 lat temu, gdy dawni mistrzowie którym teraz The Raconteurs się kłaniają byli na szczycie.
Tak też staromodnie brzmi ten album, surową ręką White'a i Bensona potraktowany w studiu. Z jednej strony bezkompromisowość gitarowego grania w podstawowym składzie, z drugiej doza łatwych do zapamiętania melodii, z dodatkiem eksperymentu nie pozwalają zaszufladkować zespołu i płyty wprost. Kto inny pozwoliłby sobie na tak ostentacyjne zestawienie słodyczy w balladzie "Together", z ciężarem gatunkowym Black Sabbath czy Thin Lizzy z momentów ostrzejszych, choćby przesyconego psychodelią rodem z Woodstock'69 kroczącego utworu "Level". Inni, uznani naraziliby się na śmieszność, albo koniunkturalność, tymczasem The Raconteurs z czystą kartą mogą o wiele więcej. I nie jest to ich ostatnie słowo. 8/10
|
|
| | |
|