| Strona główna » Recenzje » Recenzja: Brett Anderson - Wilderness |  | Brett Anderson - Wilderness | Autor: Mariusz Osyra , Data publikacji: 2009-12-11 |  | | Wydawca: BA Songs, Data premiery: 2008-09-01 | | | | Znajdź więcej informacji o: Brett Anderson | Po klapie bardzo ładnej płyty jaką był debiut solowy Bretta Andersona, kiedyś wokalisty Suede, a także po marnym sukcesie jego powrotu z Bernardem Butlerem jako The Tears, Anderson rozpoczął drugi niejako etap w solowej karierze, zmieniając nieco obszar muzycznych zainteresowań. Nadal wyłania się z jego muzykowania romantyczna natura Brytyjczyka z krwi i kości, ale obleczona już nie w rockowe dźwięki, a akustyczna, folkowa, oparta o brzmienia smyczkowe, fortepianowe, zadumana i refleksyjna. Taka właśnie jest jego ubiegłoroczna szybko, bo w tydzień, przygotowana płyta "Wilderness".
Są na tym albumie rzeczy od razu zapadające w pamięć, przesycone jakąś zadumą i smutkiem. Ballady którymi muzyk idzie w ślady innych wielkich bardów, wyjątkowych melodyków, których magnetyzm muzykowania tkwi w prostocie. Potrafi Brett Anderson wspaniale uchwycić ulotność wspaniałej melodii, nie bojąc się komercyjnej porażki. Nie pierwszej jak już wspomniałem. Jest bowiem to na tyle wyciszona pozycja w jego katalogu, że o większym powodzeniu w rozgłośniach radiowych raczej nie mógł marzyć, a i nie liczył na milionowe nakłady.
Zawsze Brett miał w sobie duszę romantyka, ale korespondowało jego śpiewanie jednak z rockiem brytyjskim lat 90 a teraz szuka jakby spokoju, innego sposobu na wyrażenie emocji i muzycznych potrzeb. Wśród takich przemawiających, kojących melodii wyróżnia się z pewnością prostota "Clowns" i "Blessed", ten drugi oparty został na prostych fortepianowych akordach, gdzie śpiew wokalisty dopełnia tylko dźwięk altówki. W poszukiwaniu bardziej przebojowych melodii nie jest to odpowiedni krążek, chociaż nie da się ukryć że zawarta tu muzyka pozostaje bardzo eteryczna, zarazem na swój sposób chwytliwa. Weźmy otwierający całość "A Different Place" skonstruowany podobnie, bez zbędnych ozdobników, które mogłyby odwrócić uwagę od tego co w tej kompozycji najcenniejsze: naturalnej miękkiej melodyki, prostej uchwyconej w sennym refrenie urody. Odmienny od całości jest "Funeral Mantra" rzeczywiście posępny, świadomie jednostajny, zdradza jakby zapatrzenie w egzotykę muzyki Dalekiego Wschodu. Na drugim biegunie mamy maksymalnie surową ale chyba pozostającą w pamięci najdłużej poruszającą pieśń "Back To You", gdzie dwa głosy - Bretta Andersona i Emmanuelle Seigner pojawiają się na tle tego samego smyczkowo-fortepianowego tła. Wspaniały moment na dość trudnej mimo wszystko płycie, bardzo surowej, niedopieszczonej z premedytacją w studiu, pozostawionej trochę na pastwę słuchacza, którego takie brudnopisowe szkice albo zachwycą albo odrzucą. 8/10
|
|
| | |
|