| Strona główna » Recenzje » Recenzja: Chickenfoot - Chickenfoot |  | Chickenfoot - Chickenfoot | Autor: Mariusz Osyra , Data publikacji: 2009-07-02 |  | | Wydawca: Redline, Data premiery: 2009-06-08 | | | | Znajdź więcej informacji o: Chickenfoot | Chickenfoot to tak naprawdę nie żaden "kurzy pazur" a znak pacyfki wpisany w logo nowej supergrupy, którego to określenia biorący udział w przedsięwzięciu muzycy szczerze nie znoszą. A to prawdziwe legendy, wyjadacze rockowego światka: Sammy Hagar - tak zwany drugi głos Van Halen i radzący sobie nieźle artysta solowy, jego kompan/basista z kapeli Michael Anthony, dopełniający sekcję natchniony pałker Papryczek - Chad Smith i noszący łatkę ekwilibrystycznego wioślarza Joe Satriani. Szczególnie dla Satcha gra w zespole wskrzeszającym dobre tradycje starego klasycznie brzmiącego hardrocka ze skłonnościami do hołdowania dokonaniom Led Zeppelin jest ogromną odmianą. Od jego odhumanizowanej stawiającej na popisy techniczne muzyki z solowych płyt jest tu bardzo daleko. Okazuje się że Satriani potrafi nie tylko szybko przebierać dłońmi po gryfie, ale i zagrać oprócz czadowych partii rytmicznych smakowite solówki w zwykłym wydaniu. Szczególnie podoba mi się jego prosta gra w "Down The Drain" na tle skandującego Hagara, miejscami owocuje to eksperymentalnymi zagrywkami, burzeniem ścieżek, poszukiwaniem nowych brzmień. Za to gitarowym kunsztem, także popisowym solem znakomicie zapełnił porażająco brzmiący "Runnin' Out", chyba jeden z najlepszych tu momentów. Najfajniejsze jest w grze składu że to pozbawiona presji otoczenia wprawka czwórki kumpli która wspólną płytą odreagowuje właściwe muzyczne dokonania, traktuje ją jako alternatywny dla codziennych stresów i na luzie potraktowany aspekt własnej muzycznej działalności. Grają dla samej radości tworzenia i wspólnego muzykowania. Jest mocno z wielością gitarowych tematów wykonanych kilkoma technikami ("Oh Yeah"), nie może zabraknąć chwil gdy miękną, zapodając tęskne zgoła balladowe fragmenty z obowiązkowymi harmonami w klasycznym stylu. Najlepiej w tej konwencji wypada chyba "Learning To Fall". Nie budują przy tym nowych kanonów, może miejscami wydają się jedynie odgrywać stare kotlety ("My Kinda Girl"), częściej jednak proponują podróż do energetycznych rejonów żywej, prostej z założenia muzyki w całkowitej opozycji do dzisiejszych prób wielu artystów kombinowania w piosenkach na siłę. Tu jest szlachetna prostota mocnego rocka, kto chciałby się zmierzyć własnymi dokonaniami z takim "Soap On A Rope", albo potężnym otwarciem w postaci "Avenida Revolucion". Przy motorycznej energii "Turnin' Left" można nieopatrznie wcisnąć w autku za mocno gaz i zbyt szybko zebrać zakręt w lewo, proszę więc o ostrożność podczas słuchania w podróży. Jak to w podobnych składach bywa na scenie ścierać mogą się indywidualności wszystkich muzyków, tymczasem w Chiceknfoot każdy zostawia miejsce dla pozostałych, razem budują potężnie brzmiące i w stu procentach fachowo dopracowane przedsięwzięcie. Ale w końcu z takimi własnie fachowcami mamy do czynienia. PS. Brawa także za stylową okładkę, a że muzyka zawarta na płycie potrafi mocno rozgrzać nie będzie problemu z dojrzeniem sylwetek bohaterów, kto zakupił krążek ten wie o czym mowa. 8/10
|
|
| | |
|