| Strona główna » Recenzje » Recenzja: Bruce Hornsby - Halcyon Days |  | Bruce Hornsby - Halcyon Days | Autor: Mariusz Osyra , Data publikacji: 2009-03-29 |  | | Wydawca: Columbia, Data premiery: 2004-08-09 | | | | Znajdź więcej informacji o: Bruce Hornsby | Po innowacyjnym ale chłodno przyjętym Big Swing Face Bruce Hornsby wrócił na bezpieczne ścieżki, wytyczone przez muzykę z jego poprzednich płyt. Może trochę za sprawą nowego wydawcy, by go nie rozczarować, pianista na Halcyon Days podaje nam swój oryginalny wprawdzie koktajl, ale przyrządzony według znanej już receptury, więc swoim smakiem już nie zadziwia. Jest jazzowo z nowoczesnymi naleciałościami, przyjemnie, miejscami naprawdę swingująco, rytmicznie i z bezpiecznymi wycieczkami w stronę retro trendów, ale nie odkrywczo. Wyjątkowość twórczości Hornsby’ego kryje się w jego genialnym wprost obchodzeniu się z ukochanymi fortepianami. Czasem jakby łączą się w jeden żywy organizm i właśnie wtedy zaczyna zadziwiać muzyczna erudycja artysty, jego porażająca sprawność i wyuczona umiejętność kompozytorsko improwizacyjna. Często jednak wszystko w jego muzyce pozostaje gładkie, zbyt wypieszczone i klarowne w perfekcyjnej produkcji. Zbyt mało tutaj jazzowego groove’u, tak świetnie budującego atmosferę chociażby na koncertowym Here Comes The Noise Makers. Na niewiele zdaje się doborowa stawka zaproszonych gości. Zapada w pamięć rozpoczynający całość Gonna Be Some Changes Made, z solo Erica Claptona, wszędobylskim falsetem Stinga, ale przede wszystkim, nasyconym radością, uroczo nieśmiałym wokalem Hornsby’ego. Są i fajne rytmy oraz trochę bałaganiarska i niepospolita linia melodyczna. Chociaż inne kawałki też napisano z myślą o ich wylansowaniu, to nucić je będzie raczej trudno. Dominują nieregularne podziały rytmiczne, wiele zmiennych fraz wokalnych, jak w nacechowanym jazzowo Candy Mountain Run, w podkładzie przypominającym trochę nowoczesnego Dave’a Matthewsa. Tutaj na plus jeszcze ogromny ładunek dynamiki, wyraźny puls, znowu solo na gitarze Claptona, tym razem przeplatające się z pasażami na fortepianie. Efekt robi świetne wrażenie, takie jazz-rockowe okolice. Hornsby znowu serwuje ballady, dawno tego nie robił, choć to fragmenty raczej w zachowawczym stylu, mocno w duchu amerykańskiej tradycji. Dreamland jest ozdobiony wokalnym występem Eltona Johna, panowie dzielą przecież tę samą wrażliwość, ale ma w sobie też zadumę a la James Taylor czy Marc Cohn z okresu True Companion. Tu jednak całość urozmaica jazzowy dryg, mniej słyszalny dla ucha w balladowych częściach płyty, często w stylu lat czterdziestych (Hooray For Tom), ale bardziej dominujący np. w Circus On The Moon. To kawałek wprawdzie mniej wielobarwny niż singlowy Gonna Be Some Changes..., bo podlany nieco country, sprawia wrażenie jakby swojskiego, piknikowego niemal. Jest i jazzowe solo ale dopiero w finale. Powinno trafi w serca rozmiłowanych amerykańskich południowców. Hornsby znowu gra dla swojej publiki, nie próbuje nikogo oszukać, nie zwiedza muzycznych rejonów, które ostatnio go kusiły, ale w których publika go nie chciała. Wraca na własne podwórko i osiada na nim nawet głębiej niż dotąd, bo niektóre fragmenty z Halcyon Days mają w sobie cos z ducha Sinatry, z jazz-swingu sprzed wielu lat, z dęciakami i pędzelkami grającymi na bębnach (What The Hell Happened). W sentymentalnej kompozycji tytułowej, bez specjalnych niespodzianek , za to znowu ze Stingiem i Claptonem, jest trochę fajnego tamburyna i perkusyjnych przeszkadzajek w tle. Że Hornsby ma poczucie humoru wiadomo już od dawna, dlatego teksty polecam i tutaj, a muzycznie daje temu wyraz np. w knajpianym Heir Gordon, staroświeckim kawałku rhythm’n’bluesowym, trochę w duchu muzykowania Dr. Johna, ozdobionym sekcją dętą gdzie artysta folguje sobie do woli na klawiszach. Ciekawiej robi się jeszcze pod koniec, w bujającym Mirror On The Wall ze sfuzzowaną gitarą, połamanym rytmem i zupełnie odmiennym Lost In The Snow, wracającym w rejony romansu jazzu z popem, taki złoty środek, który znamy w przypadku tego muzyka od dawna. Hot House lepszy ale to było dziewięć lat temu, generalnie przyjemny album. 7/10
|
|
| | |